wtorek, 11 listopada 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Słowa mojego męża docierały się do mnie jak zza grubej ściany. W tej chwili wszystko, co miało dla mnie znaczenie, to zapierdolenie tych pomyleńców. Pożałują, że tutaj przyszli. Nie zostanie z nich nic, poza poza popiołem i wspomnieniem. Nie pożałują tego, że tutaj przyszli. Nie zdążą. Pozbędę się ich szybciej niż zdążą o tym pomyśleć. 
– Odsuń się Miki. Odsuń się, nim przypadkiem cię skrzywdzę – syknąłem, wychodząc przed niego. Banshee wyszczerzyła kły, po raz ostatni ostrzegając tych kmiotków przed zbliżeniem się. Łaskawa. Nie wiem, po kim ona jest taka jest. 
– Właśnie, odsuń się. Chcemy cię mieć w jak najlepszym stanie – zawtórował mi jeden z demonów. 
To był moment, w którym coś we mnie pękło. 
Nie obchodziło mnie to, że nie miałem siły. Miałem jeden sił rozszarpać ich, zetrzeć na proch. Jednak oni wyczuwali moje słabe punkty, w które uderzali. Ból czułem przez chwilę, ale nie miał on dla mnie znaczenia. Kątem oka błyskała mi gdzieś obok niebieska łuna. Mikleo... miał stąd iść. Kazałem mu iść. 
To chwilowe rozkojarzenie wykorzystał jeden z demonów. Coś przebiło mój brzuch. Coś ostrego, coś bolesnego. W pierwszej chwili mnie to rozsierdziło, ale później, z minuty na minutę, było gorzej. Byłem słabszy. Ruchy były wolniejsze, refleks też jakiś nie taki, jaki powinien. Zabiliśmy dwóch z nich, i dałbym radę jeszcze pozostałej dwójce, ale nagle zaczęli się wycofywać. Chciałem za nimi gonić, ale... upadłem. Kiedy poczułem ziemię pod palcami, poczułem także ból z każdej rany, jaką mi zadali. Jednak... nie mogłem się poddać. Musiałem wstać, i ich zajebać, by więcej nie wrócili, by więcej go nie skrzywdzili. 
– Sorey, na Boga, wykrwawisz się – usłyszałem gdzieś obok siebie zaniepokojony głos Mikleo. Chyba też pojawił się obok mnie. Chyba próbowałem mnie podnieść. Czułem na swoim ciele jego dłonie, drobne i chłodne. 
– Muszę ich dorwać – wycharczałem, próbując się wydostać z jego objęć. Za bardzo mi to jednak nie wyszło. Na chwilę chyba straciłem przytomność, bo jedno mrugnięcie i byłem gdzieś zupełnie indziej. Mikleo był gdzieś obok. Panikował. Przyciskał coś do mojego brzucha, chyba jakiś zwitek szmatek. Mamrotał coś do siebie, że za dużo krwi, że musi przynieść bandaże, Banshee też chyba się tutaj krzątała, podając mu potrzebne rzeczy. – Miki? – wymamrotałem cicho i niepewnie, próbując złapać jego wzrok, co było trudne. Mój obraz był taki trochę... Rozmazany. Gdyby nie jego włosy, i nie jego głos, nie wiedziałbym, kto to jest. 
– Jestem. Leż i się nie ruszaj, masz ranę wylotową... cholera, czemu to się nie chce goić? – mamrotał, a w jego głosie wyczułem przerażenie.
– Zrobili ci coś? – spytałem, próbując wyciągnąć dłoń w jego stronę, by położyć mu ją na policzku, co jak się słabo widziało, nie było takie proste. 

<Aniołku? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz