Panika miała smak metaliczny, smak krwi, której nie umiałem zatrzymać. Ręce mi się trzęsły, widok Soreya osuwał mi się między palcami jak kawałek lodu topiącego się na słońcu.. Mój Boże, co ja mam robić? myślałem, walcząc z myślą, czy mam mu oddać własną krew? Ile byłbym w stanie dać? Czy to w ogóle by wystarczyło?
Nacisnąłem mocniej na ranę, czując przez materiał jak krew przesiąka a dłonie drżą z przerażenia. Nie mogłem pozwolić, żeby się wykrwawił.
- Nie przejmuj się tym, to nie ważne. Leż, nic nie mów, zaraz ci pomogę - Wyszeptałem, a moje słowa brzmiały obco nawet dla mnie. Każdy oddech Soreya był płytki i ciężki, jego palce słabo obejmowały mój nadgarstek.
- Miki - Próbował mnie przywołać do siebie. Był słaby, zmęczony, oczy szkliste, głos ochrypły, on mi po prostu tu umierał.
Wokół nas Banshee warczała coraz głośniej, jej głos rozdzierał mój umysł, wymawiała słowa, których sens umykał mi całkowicie. Ta sytuacja poruszyła we mnie lęk głębszy niż ból.
Płakałem bezgłośnie, nie mając już innego sposobu, by wyrzucić z siebie strach.
- Nie wiem, co robić. Sorey, ty umiesz... ja nie potrafię ci pomóc - Wyszeptałem, a słowa rozpływały się między nami. I wtedy, w tym milczącym chaosie, poczułem jakby czas zwalniał, każdy uderzenie jego serca było dla mnie pytaniem czy dożyje.
- Banshee, przestań nie rozumiem cię! - Krzyknąłem, czując złość i bezradność.
- Dusza, mówi ci o duszy - Wyszeptał, zaczynając pluć krwią.
Po jego słowach odwróciłem głowę w stronę suczki zagryzając brutalnie wargi. Czy naprawdę mam zabić człowieka? Na Boga, nie dam rady. Nie mogę nikogo zabić, nie potrafię. Jednak jeśli tego nie zrobie on zginie, Boże wybacz mi to wszystko bo grzeszę.
Ocierając łzy, położyłem jego dłoń na opatrunku każąc mu przytrzymać. Nie mam wyjścia, muszę coś zrobić. Muszę mu pomóc, nawet jeśli będzie to zdrada wobec Boga. Tylko jak przekazać mu duszę? Nie potrafię takich rzeczy, nie jestem mordercą.
- Miki, nie zostawiaj mnie - Poprosił. Nie mogłem jednak dłużej przy nim być, musiałem działać natychmiast.
Rozciąłem sobie dłoń, pozwalając krwi spłynąć. Wiedziałem, że za dużo jej nie mam, ale może chociaż na chwilę go wzmocni, nim wrócę z lepszym rozwiązaniem.
Sorey spijał krew łapczywie chcąc jej więcej i więcej. Nie mogłem mu dać więcej, to nic nie da, nie uratuje go, nie taka ilość.
- Leż. Niedługo wrócę - Szepnąłem, całując go w czoło. - Chodź, Banshee, potrzebuję cię. - Ruszyłem w głąb lasu, a jej warczenie ucichło za moimi plecami.
Suczka była przy mnie do samego końca. To ona pomogła mi znaleźć ofiarę, mężczyznę pijanego, tak bardzo, że ledwo trzymał się na nogach. Banshee od razu była gotowa do ataku, ale ja… ja nie potrafiłem. Poczułem ból w żołądku, zrobiło mi się niedobrze, słabo, jakbym sam miał zaraz umrzeć.
- Ja nie mogę, Banshee… nie potrafię zabijać - Wyszeptałem, ocierając łzy z policzków i czując, jak powoli rozsypuję się w środku.
Ogar, jakby rozumiejąc moje słowa, nie czekała. Ruszyła sama na mężczyznę. Ja zaś stałem w miejscu, sparaliżowany, patrząc tylko, jak rozrywa go na strzępy, odbierając mu życie. To było straszne. Nigdy więcej nie chcę już tego oglądać...
Kiedy wszystko ucichło, podszedłem do martwego ciała. Z jego piersi unosiła się dusza jasna, drżąca, jakby niepewna, czy powinna odejść. Chwyciłem ją w dłonie, a spojrzenie padło mi na twarz zmarłego. Była zdeformowana bólem, krew zlepiała mu włosy. Nie mogłem patrzeć.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Osunąłem się na ziemię, dopóki ostre kły Banshee, pojawiające się tuż przed moją twarzą, nie wyrwały mnie z odrętwienia. Warknęła, jakby mówiła. „Rusz się. On na ciebie czeka.”
Z trudem podniosłem się i wróciłem do Soreya. Leżał blady, niemal bez tchu, a jego ciało drżało jak płomień świecy na wietrze. Krew rozlewała się wokół, wsiąkając w ziemię, a jego oddech stawał się coraz płytszy.
- Sorey… jestem. Już jestem. Mam dla ciebie duszę - Wyszeptałem drżącym głosem, wyciągając dłoń. - Jedz, błagam… nie zostawiaj mnie samego. - Wyszeptałem, a łzy zaczęły spływać po moim policzku.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz