środa, 12 listopada 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Kiedy rano otworzyłem oczy, czułem się, jakbym umierał. Bolał mnie każdy najmniejszy mięsień, każda rana, każda komórka. Zamrugałem kilkukrotnie, próbując wyostrzyć wzrok. Miałem wrażenie, jakbym przywalił w coś mocno głową, w jakiś mur, czy coś, tak mnie łeb napierdalał... jak w sumie całe moje ciało. Odruchowo szukałem wzrokiem Mikleo. Wczoraj była walka... Zostałem ranny. Poważnie ranny, dalej czułem krew w ustach. Skoro ja jestem ranny, albo chyba byłem, to co z Mikim?
I czemu w mojej głowie pojawiła się myśl, że już mogę nie być ranny? 
Mój mąż był tuż obok mnie. Siedział na podłodze, oparty o łóżko. Na jego ślicznych włosach widniały krople krwi. W ogóle krwi było wszędzie, j było jej strasznie dużo. To moje...? Chyba tak. Spojrzałem na swój brzuch, podwinąłem koszulkę. Mimo, że ból był przeokropny... ani śladu czegokolwiek, żadnej rany. Cokolwiek Miki zrobił, a kompletnie nie pamiętam, co zrobił, zadziałało. Mój organizm jeszcze nie uporał się ze stratą tak wielkiej ilości krwi, ale przynajmniej już z niego nie cieknie. 
Uniosłem drżącą, oblepioną zaschniętą krwią dłoń, i położyłem mu ją na ramieniu mojego męża. Czemu on nie położy się na łóżku...? Chociaż, patrząc na to, ile tu jest krwi, też bym w sumie wolał ten nocny czas spędził na podłodze. Materac do spalenia, podobnie jak koc, poduszki moje ubrania... wszystko. 
– Sorey...? O mój boże, Sorey, wszystko w porządku? Jak się czujesz? Lepiej? Dusza zadziałała? – jak zwykle zaczął panikować, kiedy tylko go dobudziłem.
– Dusza...? – powtórzyłem, patrząc na niego z niezrozumieniem. O czym on gada? Pierwsze słyszę. 
– Było z tobą źle, naprawdę źle. Musiałem coś zrobić, cokolwiek i... i Banshee podsunęła mi pomysł z duszą. Cieszę się, że zadziałało – powiedział, tuląc się do mnie. Oczywiście też go do siebie przytyłem, nie przejmując się tym że przeze mnie będzie jeszcze brudniejszy. I tak musi się umyć. A ten pokój... to nie wiem, do spalenia chyba będzie cały. A spać na czas remontu to my chyba będziemy w łazience.
– Oj, Miki. Coś ty zrobił – wyszeptałem, martwiąc się o niego. Domyślałem się, że całą brudną robotę odwaliła Banshee, no ale jego psychika strasznie musiała ucierpieć. 
– Musiałem cię ratować. Musiałem zrobić wszystko, by cię uratować – powiedział, cicho chlipiąc. Moje biedaczek... powinien mnie tak zostawić. A najlepiej zostawić tam, na zewnątrz, bym nie brudził wszystkiego wokół swoją juchą.
– No już, już, nie płacz. Co się stało z tobą? Jak ty się czujesz? Ciebie nie skrzywdzili? – zapytałem, bo w tej chwili to dla mnie było najważniejsze. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz