Kiedy rano otworzyłem oczy, czułem się, jakbym umierał. Bolał mnie każdy najmniejszy mięsień, każda rana, każda komórka. Zamrugałem kilkukrotnie, próbując wyostrzyć wzrok. Miałem wrażenie, jakbym przywalił w coś mocno głową, w jakiś mur, czy coś, tak mnie łeb napierdalał... jak w sumie całe moje ciało. Odruchowo szukałem wzrokiem Mikleo. Wczoraj była walka... Zostałem ranny. Poważnie ranny, dalej czułem krew w ustach. Skoro ja jestem ranny, albo chyba byłem, to co z Mikim?
I czemu w mojej głowie pojawiła się myśl, że już mogę nie być ranny?
Mój mąż był tuż obok mnie. Siedział na podłodze, oparty o łóżko. Na jego ślicznych włosach widniały krople krwi. W ogóle krwi było wszędzie, j było jej strasznie dużo. To moje...? Chyba tak. Spojrzałem na swój brzuch, podwinąłem koszulkę. Mimo, że ból był przeokropny... ani śladu czegokolwiek, żadnej rany. Cokolwiek Miki zrobił, a kompletnie nie pamiętam, co zrobił, zadziałało. Mój organizm jeszcze nie uporał się ze stratą tak wielkiej ilości krwi, ale przynajmniej już z niego nie cieknie.
Uniosłem drżącą, oblepioną zaschniętą krwią dłoń, i położyłem mu ją na ramieniu mojego męża. Czemu on nie położy się na łóżku...? Chociaż, patrząc na to, ile tu jest krwi, też bym w sumie wolał ten nocny czas spędził na podłodze. Materac do spalenia, podobnie jak koc, poduszki moje ubrania... wszystko.
– Sorey...? O mój boże, Sorey, wszystko w porządku? Jak się czujesz? Lepiej? Dusza zadziałała? – jak zwykle zaczął panikować, kiedy tylko go dobudziłem.
– Dusza...? – powtórzyłem, patrząc na niego z niezrozumieniem. O czym on gada? Pierwsze słyszę.
– Było z tobą źle, naprawdę źle. Musiałem coś zrobić, cokolwiek i... i Banshee podsunęła mi pomysł z duszą. Cieszę się, że zadziałało – powiedział, tuląc się do mnie. Oczywiście też go do siebie przytyłem, nie przejmując się tym że przeze mnie będzie jeszcze brudniejszy. I tak musi się umyć. A ten pokój... to nie wiem, do spalenia chyba będzie cały. A spać na czas remontu to my chyba będziemy w łazience.
– Oj, Miki. Coś ty zrobił – wyszeptałem, martwiąc się o niego. Domyślałem się, że całą brudną robotę odwaliła Banshee, no ale jego psychika strasznie musiała ucierpieć.
– Musiałem cię ratować. Musiałem zrobić wszystko, by cię uratować – powiedział, cicho chlipiąc. Moje biedaczek... powinien mnie tak zostawić. A najlepiej zostawić tam, na zewnątrz, bym nie brudził wszystkiego wokół swoją juchą.
– No już, już, nie płacz. Co się stało z tobą? Jak ty się czujesz? Ciebie nie skrzywdzili? – zapytałem, bo w tej chwili to dla mnie było najważniejsze.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz