Oczywiście, że będę narzekał. Zawsze narzekam, zwłaszcza na to, że daje mi za dużo krwi. Wiem, że nie powinien. A przynajmniej nie tak często, jak to robi. Powinien bardziej szanować swoją drogą krew, swoje życie… i uważać na mnie.
Mimo wszystko jestem potworem. A on nie powinien mi ufać. Głodny mogę zabić. Mogę go skrzywdzić. Dlaczego tego nie widzi? Eh, cały on.
No nic, może teraz skupię się na innym temacie, tamten pozostawię dla siebie.
- Co robiłem? - Odezwałem się po chwili, próbując odepchnąć od siebie te myśli. - Czytałem książkę o świętach. I wiesz co? Nie podobała mi się ani trochę. - Uniosłem wzrok, marszcząc brwi. - Nie spodziewałem się tego, co w niej znajdę. Święta wcale nie są fajne. Jest tam za dużo udawania. Śpiewania. Dzielnia się jakimiś pustymi słowami i gestami, które nic nie znaczą. To wszystko wydaje się… bez sensu. - Westchnąłem cicho, po czym dodałem już spokojniej. - Teraz rozumiem, dlaczego nie lubisz tych prawdziwych świąt. I wiesz co? Cieszę się, że zorganizujemy własne. Takie, na jakie mamy tylko ochotę. - Uśmiechnąłem się do niego miękko, niemal nieświadomie unosząc dłoń i kładąc ją na jego policzku. Był ciepły. Zawsze był. Pochyliłem się, łącząc nasze usta w długim, namiętnym pocałunku takim, który nie potrzebował słów. Chciałem być z nim tak długo, jak tylko świat mi pozwoli.
- Tak mówisz? - Wymruczał z wyraźnym zadowoleniem, delikatnie przygryzając moją dolną wargę. - Wiedziałem, że te ludzkie święta ci się nie spodobają. Na szczęście nasze będą wyjątkowe. I nie będziesz mógł powiedzieć nie. - Uniósłem brew, patrząc mu prosto w oczy.
- Nie będę mógł? - Szepnąłem z rozbawieniem. - Zobaczymy, co zrobisz, gdy następnego dnia Dona ochrzani cię za to, że byliśmy zbyt głośni. - Zaśmiał się cicho.
- Chyba sobie z tym poradzę - Stwierdził, przyciągając mnie bliżej siebie.
Zamknął oczy. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo jest zmęczony, to było coś, co czuło się aż w kościach. Jego oddech zwolnił, ciało stopniowo wiotczało. Powoli odpływał, a ja nie miałem nic przeciwko temu.
Zamilkłem, pozwalając mu spać tak długo, jak będzie tego potrzebował.
No… może nie aż tak długo. W nocy chcę z nim wyjść. A samego i tak mnie nie wypuści.
Grzecznie czekałem, aż się obudzi. Naprawdę grzecznie. I cóż, nie doczekałem się.
Spał jak zabity. Oddychał równo, spokojnie, jakby cały świat mógł się zawalić, a on i tak by tego nie zauważył. Przez chwilę było mi go nawet szkoda. Wyglądał niewinnie, zbyt spokojnie jak na kogoś, kto zwykle trzymał mnie w ryzach.
Ale litość szybko zaczęła ustępować miejsca narastającej frustracji. Jeśli zostanę tu dłużej, po prostu zwariuję.
Westchnąłem cicho i nachyliłem się nad nim.
- Elian… - Mruknąłem, delikatnie szturchając go w ramię. - Obudź się, zaraz umrę z nudów. - Poruszył się tylko odrobinę, jakby chciał zmienić pozycję, ale sen trzymał go zbyt mocno. Zacisnąłem palce, walcząc sam ze sobą. Nie chciałem być brutalny. Naprawdę.
Ale jeśli się nie obudzi…To obudzę go w sposób znacznie mniej przyjemny, niż bym chciał.
<Elianie? C:>