wtorek, 6 stycznia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Oczywiście, że będę narzekał. Zawsze narzekam, zwłaszcza na to, że daje mi za dużo krwi. Wiem, że nie powinien. A przynajmniej nie tak często, jak to robi. Powinien bardziej szanować swoją drogą krew, swoje życie… i uważać na mnie.
Mimo wszystko jestem potworem. A on nie powinien mi ufać. Głodny mogę zabić. Mogę go skrzywdzić. Dlaczego tego nie widzi? Eh, cały on. 
No nic, może teraz skupię się na innym temacie, tamten pozostawię dla siebie.
- Co robiłem? - Odezwałem się po chwili, próbując odepchnąć od siebie te myśli. - Czytałem książkę o świętach. I wiesz co? Nie podobała mi się ani trochę. - Uniosłem wzrok, marszcząc brwi. - Nie spodziewałem się tego, co w niej znajdę. Święta wcale nie są fajne. Jest tam za dużo udawania. Śpiewania. Dzielnia się jakimiś pustymi słowami i gestami, które nic nie znaczą. To wszystko wydaje się… bez sensu. - Westchnąłem cicho, po czym dodałem już spokojniej. - Teraz rozumiem, dlaczego nie lubisz tych prawdziwych świąt. I wiesz co? Cieszę się, że zorganizujemy własne. Takie, na jakie mamy tylko ochotę. - Uśmiechnąłem się do niego miękko, niemal nieświadomie unosząc dłoń i kładąc ją na jego policzku. Był ciepły. Zawsze był. Pochyliłem się, łącząc nasze usta w długim, namiętnym pocałunku takim, który nie potrzebował słów. Chciałem być z nim tak długo, jak tylko świat mi pozwoli.
- Tak mówisz? - Wymruczał z wyraźnym zadowoleniem, delikatnie przygryzając moją dolną wargę. - Wiedziałem, że te ludzkie święta ci się nie spodobają. Na szczęście nasze będą wyjątkowe. I nie będziesz mógł powiedzieć nie. - Uniósłem brew, patrząc mu prosto w oczy.
- Nie będę mógł? - Szepnąłem z rozbawieniem. - Zobaczymy, co zrobisz, gdy następnego dnia Dona ochrzani cię za to, że byliśmy zbyt głośni. - Zaśmiał się cicho.
- Chyba sobie z tym poradzę - Stwierdził, przyciągając mnie bliżej siebie.
Zamknął oczy. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo jest zmęczony, to było coś, co czuło się aż w kościach. Jego oddech zwolnił, ciało stopniowo wiotczało. Powoli odpływał, a ja nie miałem nic przeciwko temu.
Zamilkłem, pozwalając mu spać tak długo, jak będzie tego potrzebował.
No… może nie aż tak długo. W nocy chcę z nim wyjść. A samego i tak mnie nie wypuści.

Grzecznie czekałem, aż się obudzi. Naprawdę grzecznie. I cóż, nie doczekałem się.
Spał jak zabity. Oddychał równo, spokojnie, jakby cały świat mógł się zawalić, a on i tak by tego nie zauważył. Przez chwilę było mi go nawet szkoda. Wyglądał niewinnie, zbyt spokojnie jak na kogoś, kto zwykle trzymał mnie w ryzach.
Ale litość szybko zaczęła ustępować miejsca narastającej frustracji. Jeśli zostanę tu dłużej, po prostu zwariuję.
Westchnąłem cicho i nachyliłem się nad nim.
- Elian… - Mruknąłem, delikatnie szturchając go w ramię. - Obudź się, zaraz umrę z nudów. - Poruszył się tylko odrobinę, jakby chciał zmienić pozycję, ale sen trzymał go zbyt mocno. Zacisnąłem palce, walcząc sam ze sobą. Nie chciałem być brutalny. Naprawdę.
Ale jeśli się nie obudzi…To obudzę go w sposób znacznie mniej przyjemny, niż bym chciał.

<Elianie? C:>

Od Mikleo CD Soreya

Mimo jego drobnego drażnienia mojego ciała, nie przejąłem się tym zbyt mocno. Nie miałem teraz na to ochoty, bardziej zależało mi na rozmowie, na pomocy. Wiedziałem, że sam sobie z tym nie poradzi..
Westchnąłem cicho, widząc, że zupełnie nie słucha tego, co do niego mówię. Jak zwykle będzie chciał postawić na swoim, bez względu na to, co mówią dzieci i ja sam. Uparty głupek… Jeśli mu nie pomogę, wszystko zawali i nikt nie dostanie tego, czego chce.
- No dobrze - Odezwałem się w końcu spokojniej. - Posłuchaj mnie uważnie. Powiem ci, czego potrzebują… a raczej czego by chcieli, oprócz twojej obecności na święta - Dodałem, chcąc uchronić go przed kolejną kompromitacją, która, niestety, często mu się przydarzała.
- Tak? - Zapytał, unosząc brwi. - W takim razie zamieniam się w słuch. Powiedz mi, co by sobie życzyli - Poprosił, przyciągając mnie bliżej siebie.
- Hanie możesz kupić naszyjnik - Zacząłem. - Pamiętaj tylko, żeby miał motyw motyla. A Haru… on chciałby książkę pod tytułem Gniew dawnych ruin. - Podałem mu wszystko niemal na tacy, gotowe rozwiązania, których sam nigdy by się nie domyślił.
- Dobrze - Mruknął po chwili. - Mam tylko dwa pytania. Dlaczego akurat motyl i skąd wiesz, że Haru chce właśnie tę książkę? - Jak zwykle  nic nie wiedział. Cały on.
- Hana bardzo lubi motyle - Wyjaśniłem cierpliwie. -  Kojarzą jej się z przemianą, odrodzeniem i duchowym rozwojem. Wciąż o tym mówi. A jeśli chodzi o Haru… sam wspominał o tej książce. Musisz uważniej słuchać naszych dzieci - Dodałem ciszej. - W przeciwnym razie będą się na ciebie gniewać, a tego bym nie chciał. - Położyłem dłoń na jego policzku, czując znajome ciepło.
- Na szczęście mam piękną owieczkę, która wszystko wie i wszystko pamięta - Zaśmiał się zadziornie. - Dzięki temu ja nie muszę. - No tak, zrób się głupi wyjdziesz na tym lepiej.
- Oj, Sorey… Sorey - Westchnąłem, patrząc na niego ze współczuciem. - Co ty byś beze mnie zrobił? - Był głupiutki. I cały mój. Naprawdę wybrałem sobie wyjątkowego męża.
- Chyba już dawno bym umarł - Stwierdził bez wahania, muskając ustami mój policzek.
Pokręciłem głową, wzdychając cicho.
- Oj tak… chyba tak by się to skończyło - Mruknąłem, ziewając zmęczony całym dniem. - Chodźmy już spać. Jestem wykończony. - Szepnąłem, zamykając swoje oczy.
- Dobrze - Odpowiedział miękko. - Dobranoc, owieczko. - Wyszeptał to, chowając mnie pod swoimi skrzydłami, chroniąc przed całym złem tego świata, abym mógł bezpiecznie odpłynąć do krainy snów.
W jego ramionach przespałem spokojnie noc. Było tam ciepło i bezpiecznie, niczego więcej nie potrzebowałem poza nim.

Nad ranem, gdy dzieci się obudziły, ich cicha szamotanina wyrwała mnie ze snu. Odruchowo spróbowałem się podnieść, jednak Sorey, który leżał tuż obok, mocno mnie objął, nie dając mi szansy się uwolnić.
- Śpij… to jeszcze nie czas - Wyszeptał, przyciągając mnie bliżej siebie, jakby chciał odgrodzić nas od całego świata, a już na pewno od rozbudzonych dzieciaków.
A ja choć bardzo chciałem się temu sprzeciwić i wstać, jego bliskość oraz poczucie bezpieczeństwa skutecznie mi to odebrały. Nie potrafiłem się wyrwać. Mogłem jedynie ponownie zamknąć oczy i pozwolić sobie na jeszcze chwilę odpoczynku w jego ramionach, wsłuchując się w spokojny rytm jego oddechu.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

Szczerze mówiąc, bardzo mnie zaskoczył tym, jak się zachowywał. Szczerze ostatni raz kochaliśmy się przed informacją o jego ciąży. To był moment niezwykle ważny, wręcz cudowny, dla mnie, a właściwie dla nas obojga. Po tym wydarzeniu jednak nie byliśmy już ze sobą tak blisko fizycznie ani razu, choć przyznam szczerze, że mogliśmy. Wiele razy miałem na to ochotę, wiele razy bardzo tego chciałem, ale jego zachowanie zupełnie mi tego nie ułatwiało. Wręcz przeciwnie, wszystko stawało się coraz trudniejsze.
Często się na mnie obrażał, bez wyraźnego powodu. Miałem wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak będzie źle. A przecież nie robiłem niczego złego. W dodatku sam zmagałem się wtedy z własnymi problemami. Bywało, że nie mówiłem nic i to było źle. Innym razem mówiłem, ale nie to, co chciał usłyszeć i teżbylp źle. Raz byłem według niego zbyt blisko, innym razem zbyt daleko. Trudno było znaleźć złoty środek. Czasami naprawdę ciężko jest z nim wytrzymać.
Ostatnio stał się wyjątkowo trudny, bardziej drażliwy, zamknięty w sobie. Gdyby nie fakt, że jest w ciąży, patrzyłbym na jego zachowanie zupełnie inaczej. To właśnie ta świadomość sprawia, że staram się być bardziej wyrozumiały, ostrożny, że wciąż próbuję tłumaczyć sobie jego reakcje i emocje.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł - Powiedziałem w końcu. - Jesteś w ciąży, a ja nie chcę zrobić ci krzywdy. Wystarczyłby jeden nieostrożny ruch, jedno mocniejsze przyciśnięcie…- Zauważyłem to z autentyczną troską. Martwiłem się o niego i o dziecko. Nie chciałem, by stała im się jakakolwiek krzywda. Moje obawy nie wynikały z braku pragnienia, lecz z odpowiedzialności i strachu, że mógłbym niechcący przekroczyć granicę, której przekroczyć nie wolno mi w tej chwili było.
- Ty tak poważnie? - Prychnął oburzony. - Chcę się z tobą kochać, a ty wyskakujesz z czymś takim? - Znów się zdenerwował. A ja przecież tylko się martwiłem. Co w tym złego? Nic… a może jednak? Może to ja jestem tym złym? Sam już nie wiedziałem, gdzie leży granica między troską a nadmiernym strachem.
- Nie o to mi chodziło - Powiedziałem ciszej, chwytając jego dłoń. - Po prostu nie chcę cię skrzywdzić. Tylko tyle. - Patrzył na mnie przez chwilę, jakby ważył moje słowa, po czym odezwał się ostrzej.
- Jeśli naprawdę nie chcesz mnie skrzywdzić, to przestań mówić głupoty i po prostu weź mnie. Teraz i tu. - Czułem, że tylko to może rozładować napięcie, które narastało między nami od dni, tygodni a może nawet miedecy. 
Delikatnie położyłem go na łóżku, powoli, z wyczuciem, jakby każdy ruch miał znaczenie. Było w tym coś z ostrożności, ale też z pragnienia. Dobierałem się do jego ciała niemal z czcią, świadomy jego piękna i kruchości jednocześnie.
Chciałem go. Chciałem czuć jego bliskość, mieć go przy sobie, brać tyle, ile sam był gotów mi dać, póki miał na to siłę, póki tego chciał. W tej chwili liczyło się tylko to jedno. Żeby znów być razem, naprawdę, bez lęku i niepewności, ciałem i duchem.
Nawet sobie nie wyobrażał jak bardziej tego potrzebowałem, jak bardzo tego chciałem.
- Wszystko w porządku? Nie zrobiłem wam krzywdy? - Zapytałem, gdy leżeliśmy obok siebie zmęczeni chociaż szczęśliwi tym, że mamy siebie.

<Paniczu? C:> 

Od Eliana CD Serathiona

 Nie byłem w stanie stwierdzić, czy czułem się jak w niebie. W niebie nigdy nie byłem i na pewno nigdy nie trafię. Ani nie byłem pogobojnym człowiekiem, ani dobrym, także o niebie mogę sobie co najwyżej pomarzyć. Nie, żeby to było dla mnie takie ważne, wydaje mi się, że jak będę martwy, to będzie mi wszystko jedno, gdzie trafię, chociaż jakbym miał wybierać, chciałbym żeby ogarnęła mnie ciemność. Żebym już nic nie czuł, nie musiał się niczym przejmować. To byłoby zdecydowanie najlepsze. 
– Jak miło z twojej strony, że dostaję od ciebie niebo na ziemi. Do tego właściwego nieba na pewno nigdy się nie dostanę – powiedziałem łagodnie, gładząc jego policzek. Czułem delikatnie pieczenie na plecach, ramionach, Serathiona troszkę poniosło dzisiaj, zostawił krwawe ślady po swoich paznokciach na moim ciele, a nawet i siniaki od zbyt mocnego ściskania. Jak to wampir, oczywiście jest silniejszy ode mnie. Nie przeszkadzało mi to jednak. W końcu, to jedynie drobne ranki. Siniaki zbledną i znikną, a zadrapania zasklepią się i pewnie nie będzie po nich ani śladu. Szkoda tylko tej krwi. Serathion tak bardzo ją ubóstwia i potrzebuje, a teraz czuję, jak spływają mi po plecach cienkie stróżki. Na jego miejscu nie marnowałbym ani kropelki. 
– Nie martw się. Ja też – powiedział, przesuwając palcem po moim ramieniu, zbierając tym samym trochę krwi i zaraz wkładając palec do buzi, bardzo prowokacyjnie. – Jesteś przepyszny – wymruczał, oblizując usta. 
– Jestem, a ty to marnujesz. Jak na wampira nie dbasz zbytnio o pożywienie, do którego nie masz dostępu – skarciłem go obserwując, jak sięga po kolejne kropelki. 
– Trochę w złych miejscach cię podrapałem... Niewygodnie mi – mruknął niezadowolony, pusząc swoje policzki, jak małe dziecko. Jaki słodziaczek z niego. 
– Trzeba było drapać po szyi, miałbyś prościej – mruknąłem, obserwując jego starania z uśmiechem. Uwielbiałem brać go na ostro, a później leżeć przy nim i obserwować go z uśmiechem. Może i rżnął się z innymi, ale tylko i wyłącznie ja mogę na niego patrzeć z zupełnie innej, prawdziwej strony. Może i byłem głupcem, wybierając sobie kogoś takiego jak on na partnera, ale... sam nie wiem. Dobrze mi z nim było, jak chodzi i seks. Dobrze mi z nim było, gdy tak po prostu z nim jestem. Gdzieś pod tym tą całą warstwą chłodu, cynizmu i figlarności skrywało się po prostu skrzywdzone, niezrozumiane dziecko. Mam nadzieję, że poprawnie o niego zadbam. Wbrew tej całej swojej otoczki jest bardzo delikatny. 
– Ależ po co? I tak jest już pełna blizn – przesunął palcem po jednym ze śladów ugryzień. – Jak będę chciał, sam mi się nastawisz. A ja z tego zaproszenia z chęcią skorzystam – dodał, składając na niej delikatny pocałunek. 
– Owszem, a wcześniej ponarzekasz, że pijesz jej za dużo i musisz przestać, bo mnie krzywdzisz – przypomniałem mu, poprawiając jego długie włosy. – Porabiałeś coś ciekawego? – dopytałem, skupiając się na nim i tylko na nim, póki jeszcze miałem siłę.

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Poczułem ciepłą falę podniecenia gdy jego ktuas wszecl we mnie. Czylem podniecenie które rozlało się po mnie nagle i z taką przyjemnością której w tej chwil po prostu się nie spodziewałem.
Jęk wyrwał mi się z ust, stłumiony przez jego wargi, zanim zdążyłem nad nim zapanować. Odruchowo zacisnąłem dłonie na jego dłoniach, zmuszając się do ostrożności, nie chciałem go zranić, nie chciałem, by mój impuls stał się dla niego bólem. Myśl o tym była dla mnie ważniejsza niż własne pragnienie..
To nie tak miało wyglądać. Nie planowałem chaosu, nie planowałem przekroczeń. Chciałem bliskości, chciałem czułości, tej szczególnej intymności, którą dzieliliśmy tylko ze sobą. Lubiłem się z nim kochać, spokojnie, uważnie, lub na ostro ale bez ran, bez śladów któr emogą mu zaszkodzić, bez poczucia winy.
Mimo to ciało reagowało szybciej niż myśli. Odchyliłem głowę do tyłu, pozwalając sobie na moment utraty kontroli. Dłonie zsunęły się na jego kolana, jakby szukały oparcia, a biodra zaczęły poruszać się w rytmie, którego nie musiałem nadawać świadomie. Czułem jego uścisk pewny, silny, trzymający mnie tak, jakby bał się, że zniknę. To było intensywne, niemal przytłaczające, ale w tym napięciu kryła się też troska, milcząca obietnica, że nikt z nas nie pozwoli drugiemu przekroczyć granicy, za której nie da się wrócić.
Pozwoliłem mu robić ze mną wszystko, na co miał ochotę, choć to ja powinienem dziś brać, nie oddawać. Mimo to ustąpiłem dałem mu przestrzeń, by się wykazał, by spróbował zaspokoić nas obu na własnych zasadach. Była w tym zgoda, ale i ciche wyzwanie.
Gdy we mnie doszedł, przez moment poczułem coś na kształt wewnętrznego rozdarcia, ból splatający się z przyjemnością, dokładnie taki, jakiego pragnąłem. To drobne cierpienie nie było karą, było spełnieniem oczekiwania, które chciałem i na które tak czekałem..

Myśląc, że to już koniec, pozwoliłem ciału opaść. I wlacnje wtedy przyszło zaskoczenie. Zdecydowanym ruchem przewrócił mnie na łóżko, twarzą ku materacowi, a jego dłonie objęły mnie pewnie, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że to jeszcze nie czas na odpoczynek. 
Nim zdążyłem się zorientować, jego wielki kutas wszedł we mnie a dłoń zacisła się na mojej szyji, mocno i pewnie.
Od razy poczułem podniecenie, potrzebowałem tego, uwielbiałem to, chciałem być brany na każde możliwe sposoby. Zagryzłem wargi aby nie być zbyt głośnym, nie dla tego, że się wstydziłem, bo wstydu raczej nie znałem, ja po prostu nie chciałem aby Elian miał kłopoty u Dony tylko dla tego, że zachowuje się jak głośna dziwka.
Poczułem ulgę, gdy doszedł we mnie jeszcze ten jeden raz, a jego dłoń wreszcie puściła mój kark. Powietrze wróciło do płuc razem z cichym westchnieniem.
- Dobra z ciebie dziwka - Wyszeptał mi do ucha, odwracając mnie ku sobie.
- Najlepsza dziwka, jaką kiedykolwiek w życiu poznałeś - Wymruczałem, kładąc dłonie na jego ramionach, przyciągając go bliżej. - I taka, z którą poczujesz się jak w niebie. - Nie dałem mu czasu na odpowiedź. Połączyłem nasze usta w namiętnym pocałunku, chcąc aby był pewien tego co mówię, jest tylko mój i nikomu go nie oddam, już nigdy.

<Elianie? C:>

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Nie tak to powinno wyglądać. Skoro to były jego urodziny, to on powinien brać to, co chce, nie odwrotnie... Ale teraz, w tej konkretnej chwili, nie byłem w stanie myśleć. Zacisnąłem palce na jego włosach, ciężko wzdychając. Cholera, jaki on był w tym dobry. Wiedział, kiedy go ssać, kiedy drażnić językiem i kiedy pozwolić mi jebać jego gardło. Był dobry, zbyt dobry, i to mi się nie podobało. Znaczy się, podobało, ale nie tak to powinno wyglądać. Też mu muszę dawać przyjemność. 
Poczułem w końcu to charakterystyczne ciepło, i szarpnąłem nieco zbyt mocno jego głową, by wystrzelić na jego twarz i włosy. Jakoś zdecydowanie bardziej podobało mi się dochodzenie nie w jego gardle, a właśnie na twarz. Najpierw były tylko takie marzenia, myśli, a kiedy już raz miałem okazję tego spróbować, to będę do tego dążył z każdym kolejnym razem. 
– Podoba ci się to, co? – odpowiedział, oblizując usta. 
– Bardzo. Twoja twarz idealnie nadaje się do tego, by się na nią spuszczać – wymruczałem, chwytając jego brodę. – Jednak trochę nie zrozumiałeś koncepcji urodzin. Robimy to, to ty chcesz, i jak chcesz. Odwdzięczysz mi się chociażby jutro – dodałem, gładząc delikatnie jego policzek. 
– A jak miałem ochotę na obciągnięcie ci? – spytał, uśmiechając się do mnie figlarnie i usiadł na moich kolanach. To, jak dobry jest w te sprawy, jest naprawdę przerażające. W chwilach takich jak ta zastanawiam się, jak wiele mężczyzn miał przede mną. I jak wielką szansę mam, bym był z nim do końca moich dni. 
– To jesteś naprawdę przeciwny. Większą ochotę powinieneś mieć na wbicie mi kłów w szyję, niż przyssanie się do mojego kutasa – odpowiedziałem, wsuwając dłonie pod jego koszulkę, która tak właściwie należała do mnie, ale wyglądał w niej bajecznie, więc nie mogłem mu powiedzieć nie. I nie chciałem. To powinna być zbrodnia, wyglądać tak dobrze w cudzych ubraniach. 
– Skoro tak o tym mówisz... – wymruczał, przysuwając się do moich szyi. – Wielu kochanków smakowałem, ale tylko ty masz aż tak mocną reakcję na to, kiedy cię gryzę – dodał, przesuwając językiem po mojej szyi, jakby mnie smakował. 
– Może to dlatego, że robisz to ty, nie ktoś inny – odparłem, wzdychając ciężko i odchylając szyję tak, by miał do niej lepszy dostęp. Powiedzmy, że to będzie jego taki drugi prezent. 
– Więc jestem dla ciebie wyjątkowy, tak? – spytał rozbawiony, unosząc na mnie swój wzrok. 
– Dobrze wiesz, że tak – po tych słowach Serathion wbił się w moją szyję. Jęknąłem cicho; wpierw poczułem oczywiście ból, a później przyjemność. Głupi, wampirzy jad. To wszystko jego wina. To on wywołuje we mnie spokój, przyjemność, a że jeszcze robi to Serathion, czuję jeszcze większe podniecenie. 
Kiedy tylko wyjął swoje kły ze mnie, zaraz mocno chwyciłem za jego biodra i wszedłem w jego wnętrze, przyciągając go mocno do siebie. Tyle się powstrzymywałem, najwyższa pora odebrać od niego to, co ja chciałem, i na co on tak naprawdę miał ochotę. 

<Różyczko? c:>

Od Soreya CD Mikleo

 Słowa zarówno moich dzieci, jak i Mikleo mnie zaskoczyły, i nie do końca mi się spodobały. Nic nie potrzebujemy, chcemy tylko czas z tobą spędzić, a później wyjdę na tego głupka, co jako jedyny nic im nie kupił. Tak czy siak, byłem w dupie. A prośba mojego męża też nie była jakoś super odkrywcza. W końcu, co to za prezent, zerżnąć go na ostro? Robię to za każdym razem, kiedy dzieciaków nie ma w domu. Nic odkrywczego, będę musiał pomyśleć sam. Coś bardzo spersonalizowanego, i niezbyt drogiego, by poczuli się, że naprawdę myślę o nich, a nie robię coś na odwal się. 
– Czyli mam dać ci coś, co ci daję, kiedy dzieci nie ma w domu? – spytałem, unosząc jedną brew. Mocno i ostro... zawsze go biorę mocno i ostro. Nie mogę go wziąć zbyt ostro, bo zrobię mu zbyt wielką krzywdę. Zawsze muszę zachować trzeźwy umysł, by wiedzieć, kiedy przestać. 
– Nie chcę, żebyś się powstrzymywał – wyjaśnił, ale to dalej mi nie pomagało. Nie mogę się nie powstrzymywać. Zbyt mocno bym go skrzywdził. 
– Zobaczymy, co da się z tym zrobić – powiedziałem, po czym go ucałowałem w skroń. 
Mikleo może kuliłbym jakiegoś kwiatka? Coś do domu, i coś, co tak szybko by nie zginęło. Na zimę ciężko coś takiego znaleźć, ale już coś bym znalazł. Mam do tego talent. Gorzej z dzieciakami... ja naprawdę nie mam pojęcia, co one lubią. Mam wrażenie, że ich zainteresowania zmieniają się z dnia na dzień. I jak ja mam im coś kupić? 
– Nie podoba ci się ten pomysł? – spytał, odwracając głowę w moją stronę. 
– Zawsze się tobą zajmuję w ten sposób. Może nie jest tak, że puszczam wszelkie hamulce, ale zawsze jest na ostro. Tobą się jednak tak bardzo nie przejmuję, mam pewien pomysł, gorzej z dziećmi. Im... im tak wszystko się szybko zmienia – westchnąłem cicho, tuląc go do siebie. Hanie... Hanie może bym jakąś biżuterię wziął. Kolczyki, naszyjnik, może bransoletkę. Jeszcze nie wiem, jaki motyw, ale coś już jest. Został jeszcze tylko Haru... cholera, co wziąć dorastającemu aniołowi? 
– Myślę, że za bardzo się przejmujesz, i powinieneś słuchać się tego, co ci mówimy, bo to tego najbardziej chcemy – odpowiedział, przesuwając palcem po linie mojej żuchwy. Skoro to robił, oznaczało to, że powinienem się ogolić. Że też dalej rósł mi zarost na twarzy... Jak byłem aniołem, nigdy się to nie działo. A teraz? Albo robiłem to regularnie, albo wyglądałem jak menel. 
– Dam sobie radę, nie martw się. Wszyscy będziecie szczęśliwi, ja już o to zadbam. Na pewno dostaniesz to, czego tak bardzo chcesz – wyszeptałem mu do ucha, a następnie podgryzłem jego płatek. Może trochę go zbyt bardzo podrażniłem, ale tak go nakręcić na jutro...? Plan wręcz idealny. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

 Haru jak zawsze stara się zobaczyć te pozytywne scenariusze. Prawda była taka, że nigdy nie masz pewności. Tyle złych rzeczy może się wydarzyć... mogę nie przeżyć porodu. Mogę nie donosić ciąży. Dziecko może urodzić się martwe, bądź z jakimiś wadami, przez co długo nie pożyje. Tyle złych rzeczy może się wydarzyć... trzeba psychicznie być przygotowanym na wszystko. A on to wszystko odpycha. Chociaż, z drugiej strony, niech myśli pozytywnie. Ja myślę w ten drugi sposób, i dzięki temu mamy idealną równowagę. 
– Nie jestem aż tak zmęczony – powiedziałem, tuląc się do jego ciała. 
Jego bliskość... jego bliskość to coś, czego na pewno potrzebowałem. A skoro niedługo ma wrócić do pracy, musiałem korzystać z tej bliskości. To jednak dobrze dla niego. Zmieni środowisko, otoczy się innymi, mniej problematycznymi ludźmi. Jeszcze czasem muszę go z domu wygonić, by zaczął nieco bardziej aktywnie spędzać czas, z innymi, dbać o relacje. Martwi mnie to, jak niewielu miał znajomych, a jak już jakichś miał, to olewał ich dla mnie, co mi się nie do końca podobało. Nie tak to powinno wyglądać. Powinien mieć życie poza mną, poza dzieckiem. Nie będę miał mu to za złe. Znaczy, teraz na pewno zaraz się o coś obrażę, ale nic na to nie byłem w stanie poradzić. Czasem jestem tym wszystkim zmęczony. Chcę, by to się wszystko skończyło. Chciałem wrócić do swojego ciała, które tak dobrze znałem, którego byłem pewien. 
– Właśnie czuję – odpowiedział, gładząc moje plecy spokojnie z miarowo. Jak tak dalej będzie robił, to z pewnością zaraz zasnę. A na to mu pozwolić nie mogłem. Powinienem robić coś więcej, dla niego. Mocno go w ostatnim czasie zaniedbałem, a tak to nie powinno wyglądać. Jestem w ciąży, owszem, ale nie oznaczało to od razu, że tylko na sobie mam się skupiać. On też tu był. Też miał swoje potrzeby, które zaniedbałem... muszę o nie zadbać, zwłaszcza, kiedy miałem choć trochę tej siły. Z dnia na dzień będę miał jej w końcu coraz mniej, brzuch będzie coraz większy, coraz bardziej będę ociężały i nieporadny... nie, powinienem wziąć sprawy we własne ręce, zadbać o niego, o siebie. 
Odsunąłem się od niego, i ku jego zaskoczeniu, usiadłem na jego biodrach. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej. Nie potrzebowałem wyostrzonych zmysłów, jak to on, by wyczuć, jak strasznie mu brakuje tego typu bliskości. Naprawdę mocno dałem ciała w tej sprawie. Muszę się poprawić.
– Zamiast spać, możemy robić inne rzeczy – odpowiedziałem, uśmiechając się do niego delikatnie. – Jesteś dla mnie taki dobry, i wspaniały, a ja ostatnio mocno cię zaniedbałem... przepraszam. Wynagrodzę ci to. Może nie będzie tak intensywnie, jak oboje lubimy, ale to wszystko wynagrodzę ci, kiedy będzie po wszystkim. I wrócę do swojego ciała – obiecałem, po czym nachyliłem się, by połączyć nasze usta w delikatnym pocałunku. 

<Piesku? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Potrzebowałem chwili, by przyswoić wszystkie informacje, które mi przekazał. Kiwnąłem powoli głową, wciąż zastanawiając się, czego właściwie powinienem sobie życzyć. Przecież miałem wszystko, czego pragnąłem, więc o co jeszcze mógłbym prosić los?
' No dobrze… - Mruknąłem w końcu, uśmiechając się lekko.
Pochyliłem się nad świeczką i zdmuchnąłem ją jednym, spokojnym tchem. W myślach poprosiłem tylko o jedno. Żeby już zawsze był przy mnie. No i… cóż, nie mogłem się powstrzymać, pomyślałem też o seksie. Seks lubię. I wciąż go chcę. Dużo, długo i często.
- Proszę, babeczka dla ciebie - Powiedział, podając mi ją z ciepłym uśmiechem.
Delikatnie ją ugryzłem, bardziej z grzeczności niż z prawdziwego apetytu, po czym odstawiłem ją na bok.
- Dziękuję. Zjedz sobie babeczkę sam, ja wolę nie ryzykować - Odparłem, oddając mu ją i jednocześnie sięgając po różyczkę, którą mi wcześniej podarował..
Przyjrzałem się jej uważnie. Była naprawdę piękna, niemal nierealna, jakby wyjęta z jakiejś baśni. Magiczna, na pewno musiała dużo kosztować, nie powinien tyle na mnie wydawać, zdecydowanie to nie było potrzebne.
- Ależ ona jest cudowna… dziękuję - Dodałem ciszej.
Pochyliłem się i ucałowałem go w policzek, po czym całą uwagę skupiłem na magicznej roślinie, którą trzymałem w dłoniach. Miałem dziwne, ale bardzo przyjemne poczucie, że ta róża już zawsze będzie mi towarzyszyła w mojej drodze..
Elian zjadł babeczkę, a ja w tym czasie wciąż obracałem kwiat między palcami, zachwycony każdym detalem. Gdy w końcu usiadł obok mnie i objął ramieniem, oderwałem wzrok od róży.
- I co właściwie robi się jeszcze w urodziny? - Zapytałem, opierając się o niego.
- Co tylko chcesz - Odpowiedział bez wahania. - Możemy wieczorem gdzieś wyjść, coś zobaczyć… Na co masz ochotę? - Pochylił się i pocałował mnie w czoło, a ja poczułem, że niezależnie od tego, co wybierzemy, to i tak będzie idealny dzień a nawet noc.
- Możemy zrobić wszystko? - Zapytałem z lekkim uśmiechem. - Wiesz przecież, że ja zawsze mam tylko jedno w głowie.. - Ostrożnie ustawiłem różę na szafce nocnej, jakby była czymś świętym, a zaraz potem bez wahania wślizgnąłem się na jego kolana.
- Tak? - Uniósł brew, a na jego ustach pojawił się znajomy, prowokujący uśmiech. - I co takiego siedzi ci w tej twojej głowie - Nie odpowiedziałem od razu. Poczułem jego dłonie na moich biodrach, pewne i ciepłe, jakby same wiedziały, gdzie powinny się znaleźć..
Pochyliłem się bliżej.
- Mogę cię czymś obdarować w zamian za ten piękny prezent - Wyszeptałem cicho. - I zrobię to najlepiej, jak potrafię. - Pocałowałem go, krótko, ale znacząco tak, żeby nie było już żadnych wątpliwości. Potem zsunąłem się z jego kolan, powoli, bez pośpiechu, nie spuszczając z niego wzroku. Każdy mój ruch był świadomy, pełen obietnic.
Nie musiałem robić wiele, napięcie między nami było już wyczuwalne, gęste, niemal namacalne. Uśmiechnąłem się pod nosem, wiedząc doskonale, że ten dzień dopiero się zaczyna.
Bez pośpiechu uwolniłem jego przyjaciela z jego spodni powoli i bez pośpiechu biorąc go do ust, aby spełnić jego sprośne myśli, doskonale wiedząc, że takie właśnie ma.
Czułem to gdy zaciskał dłonie na moich włosach, gdy szarpie je, dociskając mnie mocniej aby cały jego kutas zniknąłem w moich ustach, czułem wszystko, jego podniecenie, dreszcz wszystko co kryło się za przyjemnością którą go obdarowywałem, w zamian za prezent którym mnie obdarował. 

<Elianie? C:>

Od Mikleo CD Soreya

 Dzieciaki potrzebowały chwili, by się zastanowić nad odpowiedzią. Obserwowałem je z lekkim uśmiechem, samemu ciekaw, co takiego chodzi im po głowie. Spodziewałem się raczej przyziemnych rzeczy, może nowe ubrania, może jakieś drobiazgi do swoich pokoi, a może zabawki, o których marzyły od dawna. A jednak miałem przeczucie, że odpowiedź może mnie i jego mocno zaskoczyć.
- Tak szczerze… to zamiast prezentów wolelibyśmy, żebyśmy spędzili razem święta. Razem. Z tobą też, tato - Powiedziały niemal równocześnie.
Ich słowa zawisły w powietrzu. Zauważyłem, jak mężczyzna na moment zesztywniał. Uśmiechał się do dzieci ciepło, pięknie, tak jak zawsze, ale widziałem, że ta odpowiedź nie była tym, czego się spodziewał. Coś w jego spojrzeniu zdradzało zawahanie, przerażenie może nawet lekki smutek. Mimo to nie dał po sobie nic poznać. Nie chciał ich zasmucać. Ani słowem, ani czynem.
- Zobaczymy, co da się dla was zrobić - Odparł spokojnie, łagodnie się do nich uśmiechając.
A potem spojrzał na mnie.
- A ty? Co byś chciał dostać ode mnie na święta? - Zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie chciałem odpowiadać przy dzieciach, nie teraz. To, czego pragnąłem, nie było czymś, co dałoby się zapakować w papier ozdobny ani powiedzieć na głos w takiej chwili.
- Myślę, że o tym możemy porozmawiać później - Powiedziałem wymijająco, mając nadzieję, że uda mi się uśpić jego ciekawość… przynajmniej na razie. Na czas obecności naszych dzieci. 
- No dobrze. W takim razie jeszcze do tego wrócimy - Zgodził się, choć widziałem, że temat go intryguje..
Zawsze to widziałem. I czułem. Czułem więcej, niż czasem bym chciał..

Dzień zakończył się zaskakująco spokojnie. Byliśmy razem, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, a nawet wygłupialiśmy. Przez chwilę wszystko było proste. Normalne. Jakbyśmy naprawdę znów byli tą samą rodziną którą byliśmy przed przemianą Soreya, a dzieci wciąż chciały i potrafiły spędzać z nami czas bez pośpiechu i dystansu.
Wieczorem dzieci rozeszły się do swoich pokoi. My natomiast, nie mogąc jeszcze wrócić do sypialni, położyliśmy się na kanapie w salonie, w ciszy która nam nie przeszkadzała. Cisza była wręcz przyjemna. W kozki od razy wtuliłem się w niego, czując ciepło jego ciała i znajomy zapach, który zawsze mnie uspokajał.
- Miki tak sobie myślę. Skoro już jesteśmy tylko we dwoje… - Odezwał się cicho przewracając ciszę między nami. - Co tak naprawdę chciałbyś dostać na święta? Mam wrażenie, że to nie było coś, o czym chciałeś mówić przy dzieciach. - Sorey bawił się moimi włosami, przesuwając palcami leniwie, niemal czule. Jego głos był miękki, pozbawiony presji, pełen szczerej ciekawości.
A ja wiedziałem, że tym razem nie będę mógł już uciec od odpowiedzi.
- Cóż… szczerze mówiąc, chciałbym dostać ciebie - Odpowiedziałem w końcu.
Na moment zamarł. Spojrzał na mnie uważniej, jakby próbował odczytać, czy mówię serio. Wiedziałem, że go zaskoczyłem i chyba nawet rozumiałem dlaczego.
- Mnie? Przecież masz mnie codziennie. Chcesz mi powiedzieć, że jest ci mnie mało - Uśmiechnąłem się lekko i pokręciłem głową.
- To prawda, jesteś przy mnie każdego dnia - Przyznałem spokojnie. - Ale na święta… chciałbym ciebie inaczej. Bardziej w sobie, tak byśmy oboje dostali to co lubimy, mocno i ostro - Wyszeptałem, mówiąc to cicho tak aby nikt po za nim nie mogł mnie usłyszeć.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

Kładąc głowę na jego brzuchu, skupiłem całą swoją uwagę na dźwiękach bicia serca naszego maleństwa, rosnącego bezpiecznie w jego łonie. Przez pierwszą chwilę nie słyszałem nic, cisza była niemal ogłuszająca, dopiero gdy bardziej się skupiłem, wyostrzyłem słuch i pozwoliłem myślom ucichnąć, coś w końcu do mnie dotarło.
- Słyszę… - Wymruczałem z zadowoleniem.
Nieświadomie poruszyłem uszami, które sam przywołałem, chcąc wychwycić każdy najcichszy dźwięk. Delikatne, miarowe bicie było spokojne, niemal kojące.- Bije tak spokojnie… - Dodałem ciszej, z prawdziwą ulgą i wzruszeniem.
Cieszyłem się, że mogę to usłyszeć, że dane mi jest być tak blisko, a jednak coś mnie zaskoczyło. Dlaczego słyszałem dwa serca? Jedno wyraźne, drugie głębsze, wolniejsze… Czy to możliwe, że słyszę również jego serce? Nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia, co o tym myśleć ani jak to interpretować. Przez chwilę wahałem się, czy powinienem mu o tym powiedzieć, ale może lepiej nie. Nie chciałem go niepokoić, a tym bardziej wystraszyć.
- Słyszysz? - Zapytał po chwili, lekkotym zaskoczony. - To musi być niesamowite uczucie… Chciałbym też to usłyszeć. - Mówił to cicho, głaszcząc mnie po włosach z taką czułością, że aż ścisnęło mnie w gardle.
- Usłyszysz - Zapewniłem go z łagodnym uśmiechem. - Na pewno usłyszysz. - Powoli odsunąłem się od jego pięknego, zaokrąglonego brzucha, brzucha, w którym rosło nasze maleństwo, czując w sercu ciepło, jakiego nie potrafiłem wcześniej nazwać.
Mój panicz spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie, kiwając łagodnie głową.
- Jeszcze tylko kilka miesięcy… o ile do tego czasu dożyję - Odparł cicho, po czym ciężko westchnął.
Te słowa wcale mi się nie spodobały. Dlaczego miałby nie dożyć? Przecież był zdrowy, silny, nic mu nie dolegało. Myśl o tym była zupełnie pozbawiona sensu, a jednak zasiała we mnie niepokój, który zacisnął mi serce.
- Nie mów tak - Powiedziałem bardziej stanowczo, niż zamierzałem. - Jesteś zdrowy i silny. Urodzisz, a potem razem wychowamy syna albo córkę… proszę, nie myśl inaczej. - Pochyliłem się ku niemu i delikatnie pocałowałem go w usta, uśmiechając się do niego najpiękniej, jak tylko potrafiłem tak, by choć na chwilę odpędzić od niego te mroczne myśli.
- Jestem zdrowy, to prawda Haru lecz kto wie, co życie mi przyniesie - Odparł cicho. - Dziś jest dobrze, a jutro mogę umrzeć. Przecież wiesz, jak w życiu bywa, życie jest po prostu nieprzewidywalne … - Mówiąc to, przytulił się do mnie, gdy tylko położyłem się obok niego. Jego bliskość była ciepła i znajoma, a jednak słowa, które wypowiedział, niepokoiły mnie coraz bardziej.
- Ależ ty głupoty gadasz - Odpowiedziałem łagodnie, choć z nutą troski w głosie. - Zdecydowanie musisz się przespać. To dobrze ci zrobi. - Uniósłem dłoń i pogładziłem go po policzku, po czym złożyłem delikatny pocałunek na jego czole, tak jak zawsze, gdy chciałem go uspokoić. - Kocham cię. I tylko to się liczy - Dodałem ciszej, kładąc dłoń na jego pięknym, zaokrąglonym brzuszku, w którym rośnie nasze piękne maleństwo.

<Paniczu? C:> 

niedziela, 4 stycznia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Mój plan dnia był na dzisiaj bardzo prosty. Najpierw zjadłem śniadanie, porozmawiałem chwilę z Doną, której musiałem odmówić wspólnych świąt. Powiedziałem jej prawdę, że takich świąt nie obchodzę i te dni chciałbym po prostu spędzić z Serathionem. Widziałem, że nie była zadowolona. Że wolałaby, bym spędził ten jeden dzień, tę wigilię z nimi. Nie odczuwałem jednak takiej ochoty, czy potrzeby. Święta źle mi się kojarzyły, a tak spędzimy je jak chcemy, i na swój własny, nieco upośledzony sposób. 
Później przyszła pora na załatwianie swoich spraw. Najpierw odwiedziłem ratusz, odebrałem pieniądze za pomoc w ujęciu niebezpiecznego człowieka, a później poszedłem na rynek. Chciałem znaleźć dwa prezenty, jeden na dzisiaj, drugi na święta. Coś związanego z różami, oczywiście. Może jakieś dodatki? Broszki, ale czy on nosił broszki? Nie kojarzyłem, by coś takiego zakładał. Może, gdybym jednak coś takiego mi sprawił, to by zaczął zakładać? Do gładkiej koszuli taka broszka to chyba by pasowała. Chociaż, to trochę drogi interes... cholernie drogi interes. Ciężko jest zadowolić szlachcia. Tyle dobrego, że przynajmniej nie zaczął już tak wybrzydzać, bo początki z nim były naprawdę ciężkie.
Początkowo zdecydowałem się na jeden prezent. Do świąt jeszcze miałem trochę czasu, a do urodzin? Chciałem mu je wyprawić dzisiaj. Im wcześniej tym lepiej, zwłaszcza, że on się ich nie spodziewał. 
W końcu przeszedłem obok stoiska z magicznymi artefaktami... i wśród nich znalazłem różę, zachowaną w idealnym stanie. Ładna dekoracja... ale to chyba wszystko, jak chodzi o funkcje. Ani jej zapach nic nie powoduje, ani nie ma żadnej magicznej aury, a cena jak najbardziej magiczna, a to tylko dlatego, że już zawsze wyglądać będzie jak świeżo ścięta. Ja nie widziałbym powodu, dla którego miałbym posiadać coś takiego. Ale Serathion? Jemu... jemu by się mogło to spodobać. Wiecznie żywe płatki, liście, i piękny zapach... mimo zawrotnej ceny zapłaciłem za ten mały artefakt, gdzieś po drodze zakupiłem świeczkę i ruszyłem do piekarni, w celu zakupu jednej babeczki. Myślę, że po zjedzeniu tak małej ilości nic mu się nie stanie, a poczuje się choć trochę tak, jak podczas faktycznych urodzin. 
Mając to wszystko, wróciłem do pokoju. Nim oczywiście przestąpiłem próg pokoju, wetknąłem świeczkę w ten niby torcik, zapaliłem, i dopiero wtedy przestąpiłem próg pokoju. Oczywiście Serathion już z daleka mnie wyczuwał, i czekał grzecznie na łóżku. I był naprawdę mocno zaskoczony, kiedy mnie zobaczył z tymi wszystkimi dodatkami. 
– Pozwól, że nie zaśpiewam sto lat, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, masz ponad sto lat i to nie ma sensu. I po drugie, szanuję zarówno twój słuch i mój słuch, nie chcesz słyszeć, jak ja śpiewam – odparłem łagodnie, zamykając za sobą drzwi. – Wszystkiego najlepszego, Różyczko. Zgodnie z głupim ludzkim przesądem, przed zdmuchnięciem świeczek należy pomyśleć życzenie. I nie wolno go wypowiadać, bo się nie spełni – poinstruowałem go, posyłając mu łagodny uśmiech, cierpliwie czekając, aż to wszystko sobie przetrawi. 

<Różyczko? c:>

sobota, 3 stycznia 2026

Od Serathiona CD Eliana

Zdecydowanie nie miałem najmniejszego problemu z tym, że gdzieś wyjdzie. Skoro ma obowiązki albo własne plany, kim ja jestem, by mu zabraniać? Niech idzie. Poczekam. Przecież mam co robić. Książki, które mi wypożyczył, w końcu same się nie przeczytają.
- Oczywiście, że nie będę miał ci tego za złe - Przypomniałem mu, całując go w nos, zanim podniosłem się z łóżka. - Wciąż mam do nadrobienia te książki, które mi wypożyczyłeś. - Przypominałem mu, wskazując na nie dłonią.
- No tak - Zaśmiał się cicho. - Dobrze, że masz tak fantastycznego mnie, który zadbał o ciebie nawet wtedy, gdy go nie ma przy twoim boku. - Oho, ktoś tu w piórka mi zaraz obrośnie, no, no tego się po nim nie spodziewałem.
- Oczywiście, że mam - Odpowiedziałem bez wahania. - Mam fantastycznego chłopa, który mimo że potrafi mnie irytować, jest całym moim życiem. I mimo że nie powinienem go kochać… kocham. I chcę, żeby był przy mnie tak długo, jak to tylko możliwe. - Parsknął śmiechem, kręcąc głową.- No już, już, bo zaraz w piórka obrośniesz - Mruknąłem. - Idź się ubierz, jeśli chcesz wyjść z pokoju. Z gołą klatą nigdzie cię nie wypuszczę, to po pierwsze. A po drugie, zjedz coś, zanim pójdziesz pracować albo załatwiać swoje ważne sprawy. Nie chcę, żebyś chodził głodny. To zdecydowanie moja rola. - Poprosiłem go szczerze, naprawdę się martwiąc. Nie chciałem, by kiedykolwiek był głodny, zwłaszcza że jego praca narażała go na różnego rodzaju niebezpieczeństwa. Wolałem mieć pewność, że jest najedzony, silny i gotowy do obrony… albo walki, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Poradzę sobie - Stwierdził lekko, zamykając za sobą drzwi łazienki..
Westchnąłem cicho i usiadłem na łóżku. Sięgnąłem po świąteczną historię, jedną z tych, które miały zaznajomić mnie z ludzkimi zwyczajami. Chciałem zrozumieć, co takiego ludzie widzą w świętach. Co ich w nich ekscytuje, porusza, zmusza do uśmiechu...
Elian wyszedł z łazienki czysty i pachnący, mimowolnie przyciągając moją uwagę.
- Do zobaczenia - Rzucił szybko, całując mnie w czoło, po czym opuścił pokój.
Znów zostałem sam...
Wiedząc, że mam trochę czasu, skupiłem się na książce, próbując zrozumieć świat ludzi, świat, który wciąż mnie zaskakiwał. Choinka. Prezenty. Życzenia. Mnóstwo jedzenia. Co w tym wszystkim było takiego wyjątkowego? Jakie znaczenie miały te rytuały, skoro z opowieści wynikało, że często były pełne napięć, oczekiwań i sztuczności? Im dłużej czytałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że to wszystko nie miało dla mnie większego sensu. Szczerze w ogóle nie dziwiłem się, że Elian szczególnie nie lubił święta. Bo i ja po przeczytaniu tego również nie potrafiłem ich polubić.
Znacznie bardziej przemawiały do mnie nasze własne, wymyślone święta. Takie, podczas których robilibyśmy dokładnie to, na co mamy ochotę. Bez choinek, bez obowiązkowych uśmiechów. Tylko my i czas, który naprawdę do nas należy. Nawet jeśli będę musiał spełnić jego sprośne fantazje, lubię tą grę, myślę że mogę mu dać więcej niż by sobie mógł wyobrazić.
- Głupie to - Mruknąłem sam do siebie odkładając książkę na bok, po tym co przeczytałem już nigdy nie zobaczę ludzkich świąt tak sam.

<Elianie? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

 No tak, jutro wracają do szkoły, trochę mi się o tym zapomniało. Miałem wrażenie, że skoro zaraz święta, to już mają wolne. A jeżeli nie mają teraz, to pewnie będą mieć niedługo... zerknąłem na kalendarz. Raptem dziesięć dni do świąt. Mam dziesięć dni, by zaskoczyć ich, oraz Mikleo prezentami. Cudownie. Nie mam pojęcia, co takiego mógłbym im kupić. W końcu, zawsze dbam o to, by miały wszystko, ale też by nie były za bardzo rozpieszczone. Skoro żyjemy z ludźmi, potrzebujemy pieniędzy, a pieniądze z nieba nie lecą, trzeba je szanować. Nie do końca lubiłem pracować, nie ma tu za wiele stanowisk, które sprawiałyby mi przyjemność. Zresztą, co tu mógłbym robić? Przez chodzenie do pracy tracę czas, który mógłbym spędzić z Mikleo. Potrzebujemy jednak jedzenia, drewna na opał, a jak teraz planujemy remont, to właśnie drewna na deski, zawiasy, farby... Zdecydowanie wkrótce będę musiał wrócić do pracy, by zarobić na to wszystko. I znów będę musiał wrócić do tej knajpy, do tych paskudnych, pijanych ludzi. Chyba, że znajdę coś lepszego, w co szczerze wątpiłem. 
– Kiedy idą ostatni raz do szkoły w tym roku? – spytałem, kierując się za nim do salonu. Ile tu było świeczek... A kto później wosk z nich będzie sprzątał? Pewnie ja, albo Miki. Tyle pieniędzy dla chwilowej atmosfery.
– Dwudziestego drugiego już mają wolne – wyjaśnił, na co kiwnąłem głową. Niewiele więc mam czasu na zaskoczenie ich. – Coś planujesz? 
– Mhm. Prezenty – mruknąłem pilnując, by na mojej twarzy nie pojawiły się żadne negatywne emocje. Nie chciałbym im zniszczyć humoru tylko dlatego, że ja czegoś nie lubię. Ich radość na te głupie święta była przedziwna, ale nie chciałem jej niszczyć. Niech mają tę radość, której w życiu dorosłym nie będą mieć za dużo. – Nie mam żadnego pomysłu – dodałem, siadając na kanapie i popijając herbatę. Po raz pierwszy od naprawdę dawna czymś się posilałem. Co prawda, tylko w celu rozgrzania się, ale i tak nie spodziewałem się tego po sobie. Ta wyprawa do lasu była bardziej męcząca niż początkowo podejrzewałem, ale przynajmniej Psotka się wybiegała, i teraz zmęczona leży przy kominku, tuż obok Banshee. 
– Na co nie masz pomysłu? – spytała Hana, poprawiając stroik na kominku. Choćbym bardzo chciał, nie potrafię zrozumieć tego całego fenomenu. I powinienem przystać. Najwyższa pora zaakceptować, nie zadawać pytań i raz na jakiś czas siląc się na uśmiech, dla całej tej trójki. 
– Na prezenty. Na szczęście będę musiał kupić tylko cztery – powiedziałem, zerkając mimowolnie na koc. Może... może powinienem się nim okręcić? Nie, nie mogę. Mikleo zbyt bardzo będzie się martwić. – Jeżeli więc chcecie coś konkretnego, to z chęcią przygarnę pomysły – dodałem, zwracając uwagę na moją rodzinę. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

 Sen... nie wiem, czy mogę sobie pozwolić na sen. Miałem trochę rzeczy do załatwienia. Musiałem w końcu odpisać babce, że może i tutaj mieszkać, i spędzić z nami święta. Też trzeba kazać przygotować dla niej kwatery mieszkalne, by wszystko było gotowe, kiedy już przyjdzie. Umówić jej medyka, by dokładnie ją przebadał, może przepisał nowe leki, które wydłużyłyby jej życie. Jeżeli naprawdę się zmieniła, i żałuje, i chce się poprawić... powinienem dać jej szansę. I zadbać o jej zdrowie. 
– Muszę zrobić kilka rzeczy – odpowiedziałem cicho, nie odsuwając się od niego. Ależ on był ciepły, i tak przyjemnie pachniał... niby myjemy się tym samym, a jego zapach jest jakieś to razy lepszy od mojego. 
– Cokolwiek by to nie było, jestem pewien, że może poczekać. Zresztą, proponuję drzemkę. Wieczorem się obudzisz, i zajmiesz się wszystkimi swoimi obowiązkami. Może nawet lepiej wyjdzie, jak je zostawisz na później. Rozjaśni ci się umysł, lepiej będziesz się czuł – zaproponował, ostrożnie biorąc mnie w swoje ramiona. Podniósł mnie bez żadnych problemów, pomimo tego, że ważyłem chyba z tonę przez tę całą ciążę. Dodatkowo, jego uścisk był jednocześnie pewny i delikatny, tak, by mnie nie zranić. Dziecko też na pewno on będzie nosić. Nie ma mowy, że będę brał naszą pociechę w ramiona... to się może źle skończyć. Nie mam pojęcia, jak powinno trzymać się noworodki, czy niemowlaki, nigdy żadnego w ramionach nie miałem. On się wydaje znacznie lepiej ogarnięty w tych sprawach. 
– Sam... sam nie wiem – powiedziałem cicho, opierając głowę na jego klatce piersiowej. – Chciałbym to mieć za sobą. I obiecałem ci, że odwiedzimy twoją mamę. 
– Moja mama nie ucieknę, podobnie jak twoje obowiązki. W tej chwili najważniejsze powinno być nasze dziecko – mówił lekko, odkładając mnie ostrożnie na miękki materac. 
– Wiesz... czasami mam wrażenie, że je czuję. Czuję, jak się porusza. Nie jest to mocno wyczuwalne, ale... ale jest – powiedziałem, uśmiechając się lekko, delikatnie gładząc swój brzuch. 
– Naprawdę? – spytał podekscytowany, siadając tuż obok mnie. Chyba go to zainteresowało. – Myślisz, że dam radę też to wyczuć? 
– Jak przyłożysz dłoń, albo policzek, kto wie. Może jak wytężysz słuch, to usłyszysz bicie serca? Skoro już się rusza i jestem w stanie ten ruch wyczuć, to serduszko też pewnie się rozwinęło – zachęciłem go, chwytając jego dłoń i kładąc ją na swoim brzuchu. Jakże ja bym chciał być w stanie usłyszeć bicie serca tego maleństwa... przynajmniej jestem w stanie poczuć, jak się porusza w moim wnętrzu. 
Haru najpierw trzymał dłoń na moim brzuchu z delikatnym uśmiechem, a później przysunął ucho. Obserwowałem jego twarz z uwagą, nie ruszając się chociażby o milimetr. Jeżeli coś byłoby nie tak, on pierwszy to wyczuje, i usłyszy. 
– I co? Jesteś w stanie usłyszeć serce? – zapytałem, nie mogąc znieść tej ciszy. 

<Piesku? c:>

Od Eliana CD Serathiona

 Miał rację, byłem zmęczony, zwłaszcza po kolejnym upuszczeniu mojej krwi. Niczego jednak nie żałowałem. Jeśli by chciał, mógłby jeszcze się jej napić, myślę, że dałbym radę oddać mu jej jeszcze trochę, zwłaszcza, że do łóżka miałem bardzo blisko. Wszystko, byleby poczuł się lepiej. 
– Na pewno nie chcesz więcej? – zapytałem, nie przestając gładzić jego policzka. 
– Wypiłem wystarczająco. Zresztą, skoro tak cię to podnieca, lepiej będzie to trochę przełożyć w czasie. Kiedy będziesz miał więcej siły – powiedział zadziornie, po czym ucałował mnie w nos. – Teraz bardzo ładnie proszę, na poduszki – po tych słowach popchnął mnie tak, bym opadł na miękki materac.
Nie walczyłem z tym. Ułożyłem się wygodnie na posłaniu, tuląc go do siebie. Nie ma mowy, że w tej chwili bym go gdziekolwiek puścił. Poszedłby na ten dwór, brzydki, paskudny, zimny, pełen złych, żądnych jego ciała mężczyzn... nie, nie byłbym zadowolony, gdyby chciał zwiedzać miasto beze mnie. Nie czułbym się dobrze z tą myślą, nawet jeżeli wiem, że by mnie nie zdradził. 
– Otuliłbyś się jeszcze kołdrą – mruknął, naciągając na nas narzutę. – Zmarzniesz, przeziębisz się, i tyle z tego będzie. 
– Jestem dużym chłopcem, wiem, jak się sobą zajmować – odpowiedziałem spokojnie, gładząc jego plecy. 
– Tak, oczywiście, wszystko wiesz, a później zdychasz na ulicy – wtulił się mocniej w moje ciało, kładąc swoją głowę tak, by słyszeć bicie mojego serca. To dla mnie akurat dziwne, czy ten regularny dźwięk go nie irytował? Ja bym chyba tak nie potrafił, rozpraszałoby mnie to strasznie. Muszę mieć ciszę, w której wszystko usłyszę. Co prawda, przy nim mogę być spokojniejszy. To on czuwa zamiast mnie, nie oznacza to jednak, że mam się tak lenić. Muszę pozostać w formie, od tego zależy moje życie. 
– Nie pierwszy, nie ostatni raz. Przyzwyczajaj się – mruknąłem zmęczony, zamykając oczy. Miałem przy sobie wszystko, czego potrzebowałem, więc w końcu sobie mogłem pozwolić na odpoczynek, chociaż nie za długo. Muszę w końcu mniej spać, by więcej czasu z nim spędzać, proste. 
Szkoda, że on tego nie pojmował, bo znów obudziłem się sam, późnym rankiem. Spałem zdecydowanie dużo za długo. Serathion zauważył, że już nie śpię, i zaczął przesuwając palcem po moich kolczykach, ewidentnie znudzony. Zdecydowanie powinienem ograniczyć godziny snów. 
– Bardzo znudzony? – spytałem, przyglądając się uważnie jego twarzy. Wyglądał na zdecydowanie bardziej zdrowego niż chociażby wczoraj. Minimum to raz dziennie muszę go karmić, by czuł się dobrze. 
– Nie. Leżenie przy tobie jest bardzo przyjemne – powiedział grzecznie, opierając brodę o moją klatkę piersiową. – Też dzisiaj wyjdziemy na spacer? 
– Wyjdziemy, wyjdziemy. Może dzisiejszego wieczoru też się coś tu będzie działo – powiedziałem, po czym leniwie się przeciągnąłem. Najwyższa pora zacząć coś robić z tym swoim życiem. – Dzisiaj na chwilę będę musiał wyjść. Trochę mi tam zejdzie, mam nadzieję, że nie będziesz miał mi tego za złe – poinformowałem go. Jak się uda, może mi się uda zorganizować dla niego już dzisiaj urodziny? Drobny prezent, babeczka zamiast tortu, i wetknięta w nią jedna świeczka. Nie ma chyba ciasta, na którym zmieściłoby się sto pięćdziesiąt świeczek, a nawet jakby był, to byłby dla niego za duży. Tak, mała babeczka dla niego jest idealna. 

<Różyczko? c:>

piątek, 2 stycznia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 A więc jednak był zdrowo stuknięty. Podniecało go to, że go gryzę, że spijam krew z jego ciała. Byłem niemal pewien, że gdyby nie fakt, iż już wcześniej zdążył mnie przelecieć, wystarczyłoby samo wbicie kłów w jego skórę, by stracił nad sobą kontrolę.
- Jesteś niepoważny. Zaczynam się martwić o twoje zdrowie psychiczne - Przyznałem, obserwując uważnie, jak nerwowo poprawia się w spodenkach, próbując ukryć oczywiste oznaki podniecenia. Jeszcze nic nie zrobiłem a on już odczuwał podniecenie? Z nim zdecydowanie jest coś nie tak.
- Nie musisz. Nie jest ze mną aż tak źle - Odparł z lekkim uśmiechem, po czym chwycił mnie pod brodę i zmusił, bym spojrzał mu w oczy. - Tu patrz. To ci w zupełności wystarczy. - Nie dał mi czasu na ripostę, na jakąkolwiek reakcję.. 
Po prostu pociągnął mnie za sobą w stronę sypialni, jakby dokładnie wiedział, dokąd zmierzamy i jak to się skończy.
Usadził mnie na swoich kolanach, a jego dłonie niemal odruchowo spoczęły na moim wciąż obolałym tyle. Westchnąłem cicho, przewracając oczami, choć uśmiech sam pojawił się na moich ustach. Musiałem przyznać jedno, to było przyjemne. Szczególnie dlatego, że nie musiałem używać żadnych sztuczek ani mocy, by go uwodzić. On sam mnie chciał. A ja chciałem jego. I tylko to miało teraz znaczenie.
- Tylko mi nie mów, że znowu ci stanął - Wyszeptałem, pochylając się bliżej.
Odpowiedział mi jedynie cięższy oddech.
Nie czekając wbiłem kły w jego skórę, a niemal natychmiast poczułem, jak jego dłonie zaciskają się mocniej na moich pośladkach. Drgnął pod moim dotykiem. Zdecydowanie było z nim coś nie tak, podniecało go to, co robiłem, i nie był to widok, który ogląda się na co dzień.
Wypiłem tylko minimalną ilość jego gorącej, słodkiej krwi. Wystarczająco, by poczuć ulgę. Żołądek przestał się kurczyć, ciało rozluźniło się, a wcześniejszy dyskomfort zniknął bez śladu. Oddychałem spokojniej, czułem się silniejszy i nawet nie próbowałem ukrywać, jak bardzo ta zmiana była widoczna.
Oblizałem wargi, gdy tylko oderwałem się od jego skóry, po czym spojrzałem głęboko w jego oczy. Przez chwilę nie musieliśmy mówić nic, wszystko było już jasne. Połączyłem nasze usta w namiętnym, spokojnym pocałunku, czując bijące od niego ciepło i to znajome poczucie bezpieczeństwa, którego tak długo mi brakowało i bez którego nie chciałem już żyć. 
- Kocham cię - Wyszeptałem, gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, a moje czoło oparło się o jego.
- I ja ciebie kocham - Odpowiedział bez wahania, głaszcząc mój policzek...
A ja choć doskonale wiedziałem o jego uczuciach do mnie, miło było to usłyszeć. A jeszcze milej było czuć, że ktoś darzy mnie uczuciem prawdziwym, szczerym, płynącym prosto z serca, a nie podszytym strachem, pragnieniem czy magią.
Przesunąłem dłonią po jego włosach i uśmiechnąłem się cicho.
- Połóż się już spać. Jesteś na pewno bardzo zmęczony - Poleciłem łagodnie.
Złożyłem delikatny pocałunek na jego czole, pozwalając tej chwili wybrzmieć. Po raz pierwszy od dawna niczego nie musiałem się obawiać. Wystarczyło, że byliśmy razem i tylko to miało znaczenie.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Zaskoczyło mnie to wzięcie sprawy w swoje ręce ręce z jego strony. Takie gesty by zwrócić moją uwagę miały w sobie coś podniecającego. Wpatrywałem się przez chwilę w jego oczy, przygaszone, ciemnoczerwone, doskonale wiedząc, że nie mogę się na to zgodzić. Nie, kiedy widzę, jak wygląda i się czuje. Póki mogę oddawać mu swoją krew, i nie jest ze mną źle, zamierzam to robić. Jestem zdrowym, silnym mężczyzną, mój organizm całkiem szybko się regeneruje, czemu z tego nie chce korzystać? Chciałbym coś mu dać od siebie, a krew to chyba największy dla niego dar. I bez problemu byłem w stanie mu to dać. 
– Nie zmuszam cię. Nie wlewam ci mojej krwi do gardła – odparłem spokojnie, na co Serathion westchnął ciężko. Jak w ogóle mam go określać? Kim on dla mnie jest? Chłopakiem? Brzmi to tak strasznie niedojrzale. Partnerem? Kojarzy mi się z pracą. Kochankiem? Też ma dla mnie taki negatywny wydźwięk. Najbardziej podoba mi się określenie mój. Moja Różyczka. Mój Serathion. Czemu mam naszej relacji nadawać jakąś nazwę? To było coś więcej, niż związek, przynajmniej dla mnie. Coś dużo głębszego, intymnego, niesamowitego, ale i jednocześnie kruchego. Jeden nieuważny ruch z mojej strony i mamy całe miasto przeciwko nam. Zrobię coś nie tak, i po prostu zniknę z powierzchni ziemi. Nasz związek nigdy nie będzie prosty i kolorowy. 
– Nie, ale zaraz się skaleczysz specjalnie i wyjdzie na to samo – burknął, zabierając swoją dłoń. – A jeszcze musisz wydobrzeć. 
– Przecież już wydobrzałem – po tych słowach sięgnąłem do swojej rany, zdejmując z niej bandaż. – Widzisz? Już ładnie się zasklepiło. Powiedziałbym nawet, że nie potrzebuję bandaża, lepiej będzie się goić na świeżym powietrzu – powiedziałem, przyglądając się zagojonemu zacięciu. Kolejna blizna do kolekcji... Nie pierwsza, i nie ostatnia. 
– Czemu musisz być tak strasznie uparty? – mruknął, opierając się o moją klatkę piersiową. 
– Bo chcę o ciebie dbać. Mile to uczucie, kiedy możesz się kimś zajmować. Póki jestem młody, zdrowy... czemu mam się powstrzymywać? – wyjaśniłem, zabierając się za powolne i dokładne mycie jego włosów, by były piękne, mięciutkie i pachnące. 
– Chociażby po to, by zadbać o siebie. Też jesteś w tym wszystkim ważny – przypomniał mi. 
– Takich jak ja jest mnóstwo. Takich jak ty naprawdę niewielu – odbiłem piłeczkę, spłukując z jego włosów szampon. 
– Przez sto pięćdziesiąt lat nie spotkałem nikogo takiego, jak ty. 
– Ja nie wychodziłeś dalej niż mury swojego miasta, to ci się nie dziwię. Wychodźmy. Chciałbym już cię nakarmić i położyć się spać – poprosiłem, całując go w policzek. Oboje byliśmy czyści i pachnący, przynajmniej do następnego naszego kochania się. 
– Ty się o mnie nie martwisz. Ciebie po prostu podnieca gryzienie – pokręcił z niedowierzaniem głową, zarzucając na siebie moją koszulę. 
– Podnieca, owszem, ale dzisiaj możesz już być spokojny o twój tyłek, nie będę cię już męczył – obiecałem, na szybko się wycierając, bym mógł w końcu coś na to swoje ciało założyć i nie świecić przed nim gołym tyłkiem. 

<Różyczko? c:>

Od Mikleo CD Soreya

W odpowiedzi na jego słowa jedynie kiwnąłem głową i zniknąłem w kuchni. Postawiłem garnuszek na palniku, sięgając po ulubioną herbatę tę, którą pił zawsze wtedy, gdy był jeszcze człowiekiem. 
Sorey chyba miał już dość patrzenia na choinkę i kręcących się wokół niej dzieci, które w swojej radości potrafiły być zaskakująco irytujące..
Po chwili pojawił się w kuchni. Bez słowa podszedł bliżej i wtulił się w moje plecy, jakby to było jedyne miejsce, w którym naprawdę potrafił odpocząć. Jego dłonie objęły moje biodra, a ja mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem.
- Czyżbyś miał już dość ich podejścia do świąt? - Zapytałem cicho, czując ciepło jego ciała.
- Troszeczkę - Przyznał. - Jak wiesz, nie przepadam za świętami… ale za to bardzo lubię ciebie - Wyszeptał, składając krótki pocałunek na moim policzku.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, jego usta przesunęły się niżej, na linię mojej szyi. Poczułem znajome napięcie, gdy delikatnie wbił kły w moją skórę. Wstrzymałem oddech, nie chcąc wydać z siebie ani jednego dźwięku...
Pozwoliłem mu na to co robił bez wahania. Wiedziałem, że dzięki temu poczuje się lepiej. I choć nigdy do końca nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo lubił smak mojej krwi, to i tak nie miałem nic przeciwko temu, w końcu było w tym coś dziwnie intymnego, należącego tylko do nas..
Gdy wypił tyle, ile potrzebował, odsunął się powoli. A jego dłonie sięgnęły po gorący garnuszek, którym zalał oba kubki wrzątkiem, jakby wszystko było zupełnie normalne.
- Lubisz? - Zapytałem, odwracając się do niego z zaczepnym uśmiechem. - A ja myślałem, że chociaż troszeczkę mnie kochasz. - Wyszeptałem, uśmiechając się do niego zadziornie. 
- Ach, no tak - Uśmiechnął się pod nosem. - Kocham i lubię jednocześnie. Jesteś moją ulubioną owieczką… zastępujesz mi wszystko, czego w życiu potrzebuję. - Wyszeptał, muskając delikatnie moje usta.
- Tak? - Wymruczałem, pochylając się bliżej. - A ja myślę, że kocham i lubię cię znacznie bardziej, niż ty mnie. - Delikatnie podgryzłem jego dolną wargę, a on tylko cicho się zaśmiał, przyciągając mnie jeszcze bliżej, jakby świat poza tą kuchnią przestał na chwilę istnieć.
- Tak mówisz? - Uniósł lekko brew, a w jego głosie pobrzmiewała rozbawiona pewność siebie. - Bo ja uważam inaczej. Zupełnie inaczej. Nie możesz kochać mnie mocniej, niż ja kocham ciebie, to po prostu jest nie realne. - Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem, choć bardziej w ten przyjemny, niemal figlarny sposób. Parafrazując jego ton, nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
- Nie mogę? Co ty nie powiesz - Zaśmiałem się cicho i ucałowałem go w policzek. - Kocham cię najmocniej na świecie i myślę, że nikt nigdy nie będzie cię kochał tak bardzo, jak kocham cię ja - Dodałem, chwytając kubek aby wsunąć go ostrożnie w jego dłonie.
Spojrzałem na niego z czułością, taką, której nie trzeba było ubierać w kolejne słowa.
- No chodź, wracajmy - Poprosiłem łagodnie. - Jutro gdy dzieci będą w szkole, będziemy mieli trochę czasu tylko dla siebie. Wtedy wrócimy do tej rozmowy - Dodałem, uśmiechając się do niego ciepło, niemal tajemniczo, dając mu propozycje spędzenia jutro miłego dnia.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

  I co ja mam teraz z nim zrobić? Czasami naprawdę trudno go zrozumieć. Jeszcze trudniej jest z nim żyć, bo bywa bardzo skomplikowany. Sam już nie wiem, czy to wszystko przez hormony, czy raczej przez myśli, które nieustannie krążą po jego głowie i nie dają mu spokoju. Co gorsza sam sobie to robi, sam siebie nakręca a ja naprawdę nie rozumiem czemu.
- Nie mów tak - Odpowiedziałem spokojnie. - Jest ciężko, to fakt, ale przetrwamy to razem. Jesteś w ciąży, a to ogromne obciążenie, zarówno dla ciała, jak i dla psychiki. Rozumiem, że jest Ci teraz wyjątkowo trudno, że pojawiają się różne dziwne, natrętne myśli i emocje, nad którymi czasem trudno zapanować. Widzę, że jesteś w gorszym stanie psychicznym i wiem, że bywa tak, że… cóż, czasem ponoszą Cię emocje. Ale mimo wszystko wciąż Cię kocham. I wiesz. Nie chcę i nie mam zamiaru uciekać przed twoimi nastrojami ani przed trudnymi chwilami. Jesteś moją drugą połówką i nosisz w swoim łonie nasze dziecko, to dla mnie znaczy więcej niż jakiekolwiek trudności, z jakimi się teraz mierzymy. Myślę jednak, że powinieneś dać sobie więcej przestrzeni na odpoczynek. Mniej analizować, mniej się zamartwiać, a częściej wychodzić z pokoju, łapać oddech, zmieniać otoczenie. Może wtedy choć trochę poczujesz się lżej psychicznie. - Złapałem jego dłoń i delikatnie ucałowałem ją, chcąc w ten prosty gest włożyć wszystko to, czego nie da się łatwo ubrać w słowa, wsparcie, cierpliwość i miłość, których teraz tak potrzebuję.
Widziałem, że nie jest pewien. Że jest zmęczony, przytłoczony i ma już dość tego wszystkiego, a przecież to dopiero początek. Przed nim jeszcze kilka długich miesięcy ciąży, a potem kolejne miesiące dochodzenia do siebie, uczenia się nowej rzeczywistości, oswajania zmian. To długa i wymagająca droga. Mam jednak nadzieję, że szybko odzyska równowagę i siły. Bo jeśli nie… cóż, wtedy naprawdę może być ciężko. I mimo, że jestem przy nim tyle ile mogę przy nim być, tak nie mogę być przy nim zawsze, prędzej czy później wrócę do pracy, a wtedy będzie musiał radzić sobie sam, przynajmniej na tyle na ile będzie to konieczne..
Mój partner westchnął ciężko i wtulił się w moje ciało, jakby chciał schować się przede mną i przed całym światem, światem, który bywa brutalny, podły i bezlitosny, zwłaszcza dla tych, którzy są już wystarczająco zmęczeni fizycznie i psychicznie...
Objąłem go mocniej, pozwalając mu trwać w tej ciszy, która czasem mówi więcej niż słowa, czując że właśnie tego tu potrzebuję.
- Wiesz co… może się położymy? - Zaproponowałem cicho. - Może się prześpisz i w tedy się trochę lepiej poczujesz, co? Czasem sen potrafi zrobić więcej niż tysiąc myśli. - Patrzyłem na niego, widząc, jak bardzo jest wyczerpany i zmartwiony. Może właśnie dlatego bywa taki, jaki jest. Może to nie złość ani chłód, tylko zwykłe zmęczenie, które wylewa się na wszystko dookoła. Mam nadzieję, że gdy odpocznie, poczuje się choć odrobinę lepiej. Naprawdę bardzo na to liczę, bo chce dla niego najlepiej jak się da, nawet jeśli jest to trudne i dla niego i dla mnie..

<Paniczu? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Czy naprawdę byłem osłabiony i zagłodzony? Niekoniecznie. Owszem, tułów bolał mnie po naszym seksie, ale nie było w tym nic złego, w końcu takie są konsekwencje ostrego, niepohamowanego zbliżenia. Może gdyby nie był aż tak zawzięty, tak zdeterminowany, by pokazać mi, gdzie jest moje miejsce… Ach, ten jego upór. Zazdrośnik z niego, i to jaki. Czy naprawdę musiał mnie przelecieć tylko po to, by udowodnić, że należę do niego? Najwidoczniej tak, najwidoczniej potrzebował tego do życia...
A jednak, imponowało mi to. Nie spodziewałem się po nim zazdrości. Przecież byłem tylko jego. Nawet nie patrzyłem na innych. I myślę, że on sam powinien to wiedzieć. A skoro tak, to skąd w nim ta potrzeba dominacji, to pragnienie potwierdzenia własności? Nie wiem, chociaż odrobinę się domyślam. 
- Nie - Zdecydowanie się na to nie zgadzam. Nie jesteś jeszcze na siłach, nawet jeśli wydaje ci się inaczej - Powiedziałem cicho, spoglądając mu w oczy, po czym pocałowałem go w policzek.- Czuję się dobrze. Może faktycznie jestem trochę osłabiony, ale wciąż w dobrej kondycji. Nie musisz się o mnie martwić. Jestem dorosły… a może raczej dojrzały. Poradzę sobie. Naprawdę nie musisz się tak o mnie troszczyć. - Mówiłem to z nadzieją, że go uspokoję, że chociaż na chwilę odpuści. Ale znałem go zbyt dobrze, by wierzyć w taki cud. Już dawno się uparł. Karmienie mnie stało się dla niego koniecznością, obsesją. Robi wszystko abym był szczęśliwy i zdrowy nie patrząc na swoje zdrowie, ono ewidentnie nie ma dla niejo większego znaczenia...
Broniłem się, jak tylko mogłem, słabo, bardziej z zasady niż z realnej chęci sprzeciwu. On jednak bez trudu przełamywał mój opór, pchając mnie w swoje sidła, zmuszając, bym przyjął to, czego tak bardzo potrzebowałem. Krew. Jego krew. Bez niej nie potrafiłem żyć. A on doskonale o tym wiedział. I co gorsza bezczelnie to wykorzystywał. 
- Może i jesteś dorosły… a raczej, jak sam twierdzisz, dojrzały - Odezwał się w końcu, spokojnym, niemal chłodnym tonem. - Ale i tak sądzę, że bez mojej krwi nie będziesz w stanie szybko się zregenerować. - Stwierdził to bez wahania, chwytając mój tyłek, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak kruchy potrafię być, mimo wszystkich zdolności, które posiadałem. Byłem wampirem. Wampirem uzależnionym od jego krwi. I takim, który bez niej po prostu nie potrafił żyć.
- Zabawne - Mruknąłem pod nosem, obmywając ciało z pozostałości jego nasienia, pozwalając ciepłej wodzie spłynąć po nieco cieplejszej skórze. - Przecież mówiłem ci, że nie będę pił twojej krwi, dopóki sam nie dojdziesz do siebie. - Odwróciłem się ku niemu i chwyciłem jego twarz w dłonie, obejmując policzki pewnym, choć nie do końca stabilnym uściskiem. Zmuszając go, by spojrzał mi prosto w oczy. -I bardzo cię proszę - Dodałem ciszej, ostrzej - Nie zmuszaj mnie do picia siłą. To… zdecydowanie nie jest fair. - Mruknąłem te słowa, nie odrywając od niego spojrzenia, świadomy, że granica między prośbą a wyzwaniem była w tej chwili niebezpiecznie cienka. A on zamiast mi odpuścić dodatkowo mnie prowokuje, a to jest naprawdę okrutne z jego strony.

<Elianie? C:>

czwartek, 1 stycznia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w jego ciało. Podobało mi się ono. Dzięki jego bladej skórze każda moja malinka czy ugryzienie idealnie się odznaczały na jego skórze, tworząc tym samym piękny obraz, którego to ja byłem autorem. Mam talent, nie powiem, że nie, na jego ciele moje znaki wyglądały pięknie, tak, jak wyglądać powinny. 
Nie odpowiedziałem. Zająłem po prostu miejsce tuż za nim, a następnie przytuliłem go do siebie, bo miałem taką ochotę. A on oczywiście nie narzekał. Oczywiście, gdyby mi powiedział nie, nie pozwoliłbym sobie na to, ale raczej już dawno mieliśmy za sobą ten etap. To było proste, on chce mojej bliskości, ja potrzebuje bliskości jego, czy tej intymnej, czy po prostu takiej zwykłej, polegającym na prostym dotyku, bo właśnie o taki najtrudniej w tych czasach. 
– Strasznie spięty jesteś – wymruczałem mu do ucha, a nagonkę ucałowałem płatek jego ucha. – Coś się dzieje? Może powinienem cię... wymasować? – zaproponowałem, uśmiechając się pod nocem. Wymęczyłem go strasznie tej nocy, i bardzo mi się to podobało. Powinienem częściej to robić. Może niezbyt często, bo nie jest to coś, co jest to dla niego bardzo komfortowe, ale raz na jakiś czas powinienem mu pokazać, kto tu tak naprawdę rządzi, nawet jeżeli to on niby wydaje polecenia. 
– Ty już mnie lepiej nie dotykaj – burknął, odwracając głowę w moją stronę. – Szyję byś nastawił, a nie pchał swoje dłonie na mój tyłek. 
– Nastawię szyję przed snem. Trzeba cię dokarmić, moja Różyczko – odpowiedziałem całkowicie poważnie, chwytając w dłonie gąbkę. Zabrałem się za dokładne mycie jego ciała uważając, by zbytnio nie podrażnić jego delikatnego ciała... a przynajmniej, takie ma o nim mniemanie. 
– Nie mówisz chyba poważnie – powiedział to ciszej i bardziej niepewnie, niż początkowo zakładałem. Niby taki wygadany, a kiedy chodzi o mnie, od razu mięknie. Ma do mnie większą słabość niż przyznałby przede mną czy sobą samym. 
– Sam tego chciałeś – przesunąłem gąbką po jego mięśniach. – Zresztą, czuję się w porządku. Nawet moja rana ma się nieźle. A skoro najgorsze już za mną, czemu mam o ciebie nie zadbać? W tej chwili ty jesteś tym najbardziej poszkodowanym i zagłodzonym. 
– Już nie rób ze mnie takiego mięczaka, nic mi nie jest – burknął, pusząc uroczo te swoje policzki. 
– Jesteś osłabiony i zagłodzony, co jest normalne. Zostawiłem cię na wiele dni samego, bez konkretnego posiłku. Na szczęście już jestem z tobą, jeszcze jestem zdrowy, więc mogę teraz o ciebie zadbać, tak jak ty dałeś o mnie – powiedziałem miękko, myjąc go jak najdroższą rzecz na świecią. Nieważne, ile osób miało to przede mną, dla mnie był najważniejszy, cały mój i nie oddałbym go, dopóki sam by ode mnie nie odszedł. Nigdy by jednak drugiej szansy ode mnie nie dostał. Jeżeli by zniknął, nie czekałbym na jego powrót. 


<Różyczko? c:>

Od Soreya CD Mikleo

 Jego słowa mnie zaskoczyły. Jak to dałem radę? Przecież nic nie zrobiłem, a jeżeli mam być szczery, to się nawet za specjalnie nie starałem. Na oko starałem się wybrać choinkę, która wysokością zmieści się do naszego domu. No i to, że była rozłożysta, to tak przy okazji, miałem szczęście, że pierwsza taka mi się trafiła. Szczerze, to nawet nie wiedziałem, co konkretnie do domu przyniosłem; nie wiem, czy to jodła, sosna, modrzew, świerk... co to za różnica? Ma igły? Ma. Więc na miano choinki się nadaję. 
– To dobrze. Patrzyłem tylko na to, czy na wysokość się zmieści – przyznałem, cicho wzdychając. Przytachanie tutaj tego drzewka trochę mnie siły kosztowało, bo nie dość, że było zimno, to jeszcze śniegu trochę napadało, i to on był dla mnie największym problemem. Jak ktokolwiek może lubić śnieg...? Chociaż, dzieciaki nawet lubią, dla nich jest on magiczny. Ciekawe, czy tak bardzo by go lubiły, jakby musiały odśnieżać drogę. Mają szczęście, że ja to robię, w przeciwnym razie na pewno nie byłyby tak zachwycone. 
– Już wyciągamy stojak, poczekaj chwilę – odpowiedział Miki i zniknął w salonie. 
Oparłem drzewko o swoje ramię i zerknąłem na psinkę, która mi towarzyszyła. Psotka buka naprawdę zachwycona z naszego spaceru. Chociaż ona jedna.... W sumie, to nawet miło, że mi towarzyszyła. Mikleo bym nie poprosił, wolałem, by został z dzieciakami i je przypilnował. Banshee z oczywistych względów też odpadała... no i została ona. Jak tylko wstawię choinkę, będę musiał wytrzeć jej łapy. 
– Chodź, tato! – usłyszałem z salonu głos Haru. 
Mimo, że chciałem tylko zostawić choinkę w salonie, zostałem naciągnięty na jej ubieranie. A bo jestem wysoki, to mogę ubrać te najwyższe gałązki, i założyć czubek, i coś poprawić... I nim się zorientowałem, wraz z dzieciakami musiałem ubierać całą choinkę. Nie na to się pisałem, ale nie miałem za bardzo wyjścia. Nie miałem nawet czasu powiedzieć nie. 
– No i gotowe – westchnąłem ciężko, poprawiając dłonią włosy. 
– Jesteś niesamowity – powiedział Mikleo, całując mnie w policzek. 
– Ta choinka jest idealna – przyznała Hana, uśmiechając się do mnie ładnie. 
– Tak, tak... nie ma za co – mruknąłem, chociaż było mi miło. Cieszyłem się, że moje wysiłki nie poszły na marne. 
– Ciepła herbata? – zaproponował mój mąż, na co się zastanowiłem. W sumie... ogrzałbym się. Tam na zewnątrz było zimno, i mokro, i niezbyt miło. Nie miałem za bardzo ochoty na wychodzenie z domu. Na szczęście Banshee była najedzona, ja też niedawno, dzięki mojemu Mikleo też zjadłem duszę, więc myślę, że powinienem wytrzymać do wiosny. O ile nie będę tracił za dużo energii... powinienem wytrwać. Nie mam za wiele wyjścia. 
– Poproszę – odpowiedziałem grzecznie, jeszcze raz zerkając na choinkę. Czy oni wszyscy zrobią mi prezent na święta...? Prawdopodobnie tak. Więc, by nie wyjść na gbura, też coś pod tę choinkę powinienem położyć. I znów się będę musiał namyślić, co to im kupić, jakbym się znał na takich rzeczach.

<Owieczko? c;>

Od Daisuke CD Haru

 Jego słowa trochę dały mi do myślenia, a już na pewno mi pomogły kilka rzeczy w głowie ułożyć. Nasze zdania były bardzo zbieżne, to też było prościej. Gorzej by było, gdyby przedstawił mi zdanie zupełnie różne od mojego... ale na szczęście nie mam takiego problemu. Chociaż, dalej jest we mnie ta mała niepewność, ten egoistyczny głosik, który nie jest tak silny i głośny jak wcześniej. Pewnie dzięki Haru. Teraz jednak wiem, co robić; zaprosić ją, i po prostu uważać... rezydencja jest duża, myślę, że dałoby się jej się wyznaczyć jakąś część. Dzięki temu, jeżeli coś by się działo, szybciej będę mógł zareagować. Chyba, że będzie coś kombinować. Wtedy wróci do siebie. 
– Powinienem napisać wiadomość – powiedziałem cicho, ochrypłym głosem. – I przepraszam. Nie panuję nad sobą, nad tymi wybuchami, nad tym, co myślę, co robię. Jestem męczący – dodałem, czując wstyd i takie... zmęczenie. Byłem zmęczony sam sobą, a co dopiero on. Chyba lepiej by mu było, gdyby był w pracy. Lepsze towarzystwo, swego rodzaju spokój... a jakby czasem wychodził na piwo wieczorem z Kamei'em, czy innymi ludźmi, to też byłoby dobrze. Im mniej czasu jest na mnie narażony, tym lepiej dla niego. 
– Nic się nie dzieje. Wiem, że to nie twoja wina – odpowiedział grzecznie, ale ja już swoje wiedziałem. Nie byłem aż tak głupi. 
– To nie jest żadne wytłumaczenie dla mnie. Wydaje mi się... wydaje mi się, że lepiej dla ciebie by było, jakbyś niej czasu ze mną spędzał. Lepiej na tym wyjdziesz – powiedziałem cicho, bardziej zagłębiając się w mój fotel. Wcześniej miałem rację. Jestem skazany na samotność. Ale on nie musi. 
– Czekaj, bo chyba cię nie rozumiem. Wcześniej narzekałeś, że masz mnie za mało i chcesz, bym był więcej w domu – zaczął niepewnie, i doskonale go rozumiałem. Jestem niezdecydowany, niezrozumiały i kompletnie pogubiony w tym wszystkim. 
– Bo chcę, żebyś był blisko. Ale teraz widzę, że tylko cię powoli wyniszczam. Oboje sobie nie radzimy ze mną, co widać teraz idealnie – mówiłem spokojnie, starając się powstrzymywać drżenie ciała. – Ja... jakoś sobie z tym poradzę. Wcześniei sobie radziłem, i teraz też sobie poradzę. A przynajmniej się postaram. Może jak będę nastawiony na samotność, będzie ze mną lepiej. Zresztą... przyzwyczaję się. A widzę, że powoduję u ciebie problem. Jestem bardziej problematyczny niż początkowo oboje zakładaliśmy. Chyba nigdy nie powinienem decydować się na to dziecko. Z tego wszystkiego tylko same problemy – odpowiedziałem cicho, spuszczając wzrok. Jak zwykle się chcę starać, i nic z tego nie wychodzi. 
– I co, chcesz się tak po prostu poddać? To do ciebie niepodobne – odpowiedział, chwytając moją dłoń. 
– A co mam zrobić? Widzę, że sobie nie radzę. A nie chciałbym, żebyś w tym wszystkim przeze mnie cierpiał. Ograniczam więc dla ciebie straty. Chciałbym, żebyś był szczęśliwy, i tak się staram, że tylko cię krzywdzę. Tak to nie powinno wyglądać – wyjaśniłem, nerwowo bawiąc się końcówkami swoich włosów. Jeszcze tylko drugie tyle muszę przeżyć... dam radę. To nie jest jakoś bardzo długo. 

<Wilczku? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Leżałem w łóżku, odprowadzając go spojrzeniem, gdy znikał za drzwiami łazienki. Starałem się nie poruszać zbyt gwałtownie, każdy niepotrzebny ruch groził przypomnieniem mi o tym, jak bardzo moje ciało nie było jeszcze gotowe na to, co wydarzyło się jeszcze chwilę temu.
Faktycznie… dziś go poniosło. W łóżku był zupełnie inny niż na co dzień, bardziej zachłanny, mniej uważny, jakby zapomniał, że mam swoje granice. I choć musiałem przyznać przed samym sobą, że bardzo mi się to podobało, konsekwencje tego zbliżenia z pewnością będą mnie nękać jeszcze przez kilka dni.
Chociaż… może po wypiciu jego krwi moje ciało szybciej się zregeneruje. Może wtedy ten nieprzyjemny, pulsujący dyskomfort w końcu zniknie, a ja znów będę mógł poruszać się bez tego cichego syku bólu, który towarzyszył mi przy każdym kroku.
Mimo szczerej chęci pozostania w łóżku podniosłem się do siadu. Nie musiałem do niego dołączać, nikt mnie do tego nie zmuszał ale chciałem. Dawno już nie braliśmy wspólnej kąpieli, a w tej chwili nie potrafiłbym powiedzieć „nie”. Byłoby to… nie fair z mojej strony.
To znaczy, raczej by się nie obraził. Znałem go na tyle, by to wiedzieć. A jednak po co ryzykować? Zwłaszcza teraz, gdy z jakiegoś powodu wzbudziłem w nim zazdrość. Nie chciałem dolewać oliwy do ognia ani sprawiać, by poczuł się odsunięty czy niepewny. Mimo wszystko zależało mi na nim. Bardziej, niż czasem chciałem przyznać, nawet przed sobą. I mimo wszelkich niedogodności, bólu i kompromisów, pragnąłem być z nim tak długo, jak to tylko możliwe.
Krzywiąc się nieznacznie, wstałem i ruszyłem w stronę łazienki. Każdy krok wymagał ode mnie kontroli i skupienia, żebym nie zdradził się z dyskomfortem, który rozlewał się po moim ciele. Prostowałem się uparcie, jakby sama postawa mogła oszukać ból.
Co za drań. Przeleciał mnie jak dziwkę, a teraz to ja będę nosił konsekwencje jego zachłanności.
Ruszyłem w stronę łazienki i niemal od razu natknąłem się na jego spojrzenie. Na mojej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, którego nie zdążyłem w porę ukryć, za to on uśmiechnął się szeroko, z tą irytującą satysfakcją, którą znałem aż za dobrze.
Wiedział. Doskonale wiedział, że boli mnie tyłek. I choć robiłem wszystko, by tego nie okazać, byłem pewien, że nie umknęło to jego uwadze.
- No proszę. Chyba jednak kogoś boli ten piękny tyłek, który jest tylko mój - Zadrwił, a w jego głosie pobrzmiewała wyraźna nuta rozbawienia.
Poczułem, jak we mnie narasta irytacja, drobna, ale ostra, jak ukłucie.
- Lepiej się zamknij - Warknąłem. - Nim ja sam zamknę te twoje irytujące mnie usta na zawsze. - Minąłem go, nie dając mu czasu na kolejną uwagę, podchodząc do bali. Z determinacją wszedłem do niej najszybciej, jak tylko pozwalało mi ciało, licząc, że ciepła woda choć trochę złagodzi pulsujący dyskomfort… i może ostudzi jego zbyt pewny siebie uśmiech. - To dołączysz do mnie czy będziesz się na mnie długo jeszcze gapił? - Dopytałem, odwracając głowę w jego stronę, unosząc jedną brew ku górze.

< Elianie c: >

Od Eliana CD Serathiona

 On naprawdę nie wiedział, co złego zrobił? W sumie, mógł nie wiedzieć. Skoro nie znał wstydu, też nie widział problemu w takich sprawach. Trochę jeszcze go będę musiał poedukować w pewnych tematach, nie tylko w zwyczajach ludzkich, jak i poprawnego zachowania. Poprawnego według mnie, oczywiście. Cóż mogę powiedzieć, jestem grzeczny i poprawny, przynajmniej w oczach innych, i chcę, by to tak pozostało. Tutaj w czterech ścianach, mogę sobie pozwolić na więcej. Właśnie tak powinno być. Intymność to coś ważnego, i swojego, nigdy nie powinna być wystawiona na światło dzienne. 
– Jak to co? Drażniłeś mnie w ogrodzie. To wystarczający powód – odpowiedziałem, czując swego rodzaju ulgę. Mimo tych wszystkich spojrzeń w jego kierunku, finalnie to ze mną skończył w łóżku, to na mnie patrzył, to mnie całował. 
– Czyli musiałeś wyładować na mnie ciśnienie? – spytał rozbawiony, ale w tym wszystkim wyczułem zmęczenie. Miał trochę dosyć, a i ja byłem jakiś taki spokojniejszy. Może... może faktycznie też tego trochę potrzebowałem? Tego zapewnienia, że jest mój. 
– Bardziej pokazać ci, że tak nie wolno robić – nie przyznałem się do tego, że ma rację. Jeszcze by mi się tu za bardzo puszył. 
– No tak, to taka straszna kara... Nie przeżyję jej po raz kolejny – zaśmiał się cicho, a później się skrzywił. A jednak, bolało go. Oczywiście, że go bolało, ja już o to zadbałem, by go bolało. Raz na jakiś czas chyba też mogę robić to, na co ja mam ochotę. Oczywiście, jemu i tak było dobrze i tak. Nie pozwoliłbym sobie na to, by nie był niezadowolony. Jakoś źle bym się z tym czuł, nie mógłbym osiągnąć satysfakcji, gdyby jemu było niedobrze. Sądząc jednak po reakcji jego ciała, po dźwiękach, zamglonym spojrzeniu podobało mu się to. Bardzo. Nie było tak idealnie, jak on by chciał, ale na seks, w którym spełniam tylko jego polecenia też przyjdzie czas. 
– Boli? – wyszczerzylem się złośliwie, przyglądając się mu spod przymrużonych oczu. Ależ czułem satysfakcję. To było dziwne do opisania.
– Wcale nie. Czuję samą przyjemność – powiedział dumnie, kładąc się na miękki materac. Ależ oczywiście, że mi racji nie przyzna, nie byłby sobą. 
– Tak, i dlatego wolisz leżeć na brzuchu? – spytałem rozbawiony, nachylając się do niego, by odgadnąć kosmyki z jego włosów. 
– Robię to dla ciebie, wiesz? Byś mógł patrzeć na mój piękny tyłek – na te słowa parsknąłem śmiechem. Ale to było głupie. I niespodziewane. 
– Na pewno myślisz tylko i wyłącznie o mnie – odpowiedziałem, odsuwając się od niego. – Przygotuję kąpiel, i nie będą to ognie piekielne. Zapraszam za kilka minut – dodałem, kierując się do łazienki. Trochę minęło czasu, od kiedy ostatni raz się kąpaliśmy, a ja lubiłem te nasze wspólne kąpiele, te chwile, w których liczyliśmy się tylko my, i nic innego nie miało znaczenia. Czułem wtedy spokój, bezpieczeństwo, nie miałem myśli z tyłu głowy, że coś może mi się stać. A to akurat było niebezpieczne, w takiej chwili jestem chyba najbardziej narażony na atak, a wróg przecież nigdy nie śpi. 

<Różyczko? c:>