niedziela, 25 stycznia 2026

Od Mikleo CD Soreya

Uśmiechnąłem się ciepło, gdy Wąsik wskoczył na kolana Soreya i wygodnie się na nich rozłożył. Najwidoczniej po tak długim czasie wreszcie go zaakceptował. To było miłe, Sorey naprawdę na to zasługiwał. Nigdy nie zrobił nic złego naszym zwierzakom, nie było żadnego powodu, by go nie lubiły.
- Myślę, że nie - Odezwałem się spokojnie. - Myślę, że z nim wszystko w porządku. Po prostu jest zimno, szuka ciepła… a ty właśnie dajesz mu to ciepło, którego tak bardzo potrzebuje. - Uśmiechnąłem się delikatnie do męża, ciesząc się widokiem naszego starszego kota wtulonego w jego kolana. Wszystkie nasze koty były już wiekowe. Coraz częściej nachodziła mnie myśl, że to może być ich ostatnia zima… albo wiosna.
Muffinka od kilku dni nie pojawiała się w domu. Jedynymi, które jeszcze widywałem, były Wąsik i Klucha. Drzwi zawsze stały szeroko otwarte, mogła wrócić w każdej chwili, ale bałem się, że może już tego nie zrobić. Ostatnim razem widziałem, jak bardzo była słaba. Próbowałem jej pomóc, zrobić cokolwiek… lecz niewiele mogłem. Jakby czuła, że jej czas dobiega końca, postanowiła odejść w spokoju, z dala od nas.
Może znalazła inny dom. Może tylko zniknęła na kilka dni i jeszcze wróci, kiedy będzie chciała. A jednak gdzieś głęboko w środku czułem, że tym razem może już naprawdę nie wrócić.
- Powinieneś się cieszyć - Dodałem ciszej, głaszcząc Wąsika za uchem. - Od dawna chciałeś, żeby któreś z nich samo do ciebie przyszło. W końcu się udało. Masz chociaż jednego z trzech kociaków przy sobie. - Wyznałem, opierając głowę na jego ramieniu.
- Przecież one nigdy do mnie same nie przychodziły - Zauważył.
I miał rację. Nigdy nie przychodziły. Ale dziś jedno postanowiło to zrobić. Pozostało mu tylko się cieszyć… i nie narzekać.
- No widzisz - Stwierdziłem, pochylając się i całując go w policzek. Czułem przy nim spokój, komfort i to ciche poczucie bezpieczeństwa, które daje obecność ukochanego człowieka.
Sorey jedynie kiwnął głową, ostrożnie, niemal niepewnie dotykając futerka kota. Wąsik zamruczał przyjemnie, układając łepek na jego kolanach. A więc jednak był zadowolony. Dostał wszystko, czego chciał.
Teraz pozostało już tylko jedno, mój mąż nie mógł się poruszyć. Nawet o milimetr. Żeby przypadkiem nie spłoszyć kota.
Sorey siedział jak na gwoździach, bojąc się, że jeśli choćby drgnie, kociak natychmiast ucieknie. Było to jednocześnie słodkie, rozczulające i zabawne. A jednak trochę było mi go szkoda, stresował się zdecydowanie za bardzo, mimo że zupełnie nie miał ku temu powodów.
- Możesz się trochę bardziej rozluźnić - Odezwałem się łagodnie. - Ten kot nigdzie nie ucieknie. Nic mu się nie stanie. A jeśli wygodniej się ułożysz, możesz się ruszyć. On nie trzyma cię siłą - Zwróciłem się do męża, widząc, że bezruch zaczyna go męczyć.
- Jeśli się tylko ruszę, on ucieknie - Stwierdził z pełną powagą. - A ja bardzo bym tego nie chciał. Za długo na to czekałem, tyle czasu uciekały aż miło gdy same do mnie przychodzą - To co powiedział tylko jeszcze bardziej mnie rozbawiło.
- Jesteś za dobry dla tego kota. Będziesz teraz tak leżał bez ruchu póki Wąsik z nich nie zejdzie? - Dopytałem, unosząc jedną brew ku górze.
Po moich słowach Wąsik zamruczał przeciągle zaczynając ugniatać łapkami jego kolana, rytmicznie, spokojnie, jakby wreszcie znalazł idealne miejsce do odpoczynku, chyba naprawdę pomógł na nich bardzo wygodnie. 

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz