Oczywiście, że chciałem zajść w ciążę. Od początku wiedziałem, że to może skończyć się źle, że to dziecko może nie być zwyczajne. Że może narodzić się demonem. Że być może przyjdzie mi zapłacić za to cenę, jakiej żaden anioł nie powinien ponosić. Że mogę zostać zmuszony do rzeczy, które przerażają samą myślą, do karmienia się duszami, do życia na granicy tego, co jeszcze ludzkie.
I tak… ta wizja mnie przeraża. Czasem aż dłonie mi drżą, gdy pozwalam sobie pomyśleć, dokąd to wszystko może nas zaprowadzić. A jednak mimo tego, pragnę dać mu dziecko. Bo czuję, że właśnie tego potrzebuje. Że tylko ono mogłoby go naprawdę uszczęśliwić.
Widzę przecież, jak bardzo się stara. Jak powtarza, że jest szczęśliwy, że cieszy się naszą bliskością, naszym domem, tą namiastką rodziny, którą razem stworzyliśmy. A jednocześnie trzyma dzieci z daleka. Trzyma z daleka zwierzęta. Czasem nawet mnie. Jakby bał się własnych rąk. Jakby bał się tego, co mógłby niechcący zniszczyć.
A gdyby jednak pojawiło się dziecko, które byłoby zupełnie jego?
Nie ludzkie. Nie anielskie.
Lecz prawdziwe demoniczne, teraźniejsze, będące czystą esencją Soreya takim, jakim jest teraz.
Myślę, że to zmieniłoby go całkowicie. Dałoby mu coś, czego nigdy jako demon nie miał, poczucie, że jest rodzicem. Że to dziecko, które razem byśmy stworzyli, byłoby naprawdę jego. I wtedy nie mógłby już mówić, że musi trzymać się z daleka. Nie mógłby uciec. Musiałby się nim zająć. Musiałby je chronić, karmić, uspokajać, trzymać przy piersi, gdy zapłacze.
A to oznacza jedno, bez względu na wszystko musiałby być przy mnie. Pomóc mi. Zostać.
- Szczerze mówiąc… bez względu na konsekwencje - Wyszeptałem, unosząc na niego spojrzenie i uśmiechając się łagodnie.- Czy urodziłby się demon czy anioł… jestem w stanie to znieść. Jestem w stanie przetrawić ten ból. Bo czuję, że właśnie tego potrzebujesz. Potrzebujesz dziecka, które da ci szczęście. Które pozwoli ci być dorosłym mężczyzną, kimś kto ma coś, co naprawdę należy do niego. Coś, co jest mu potrzebne, by być szczęśliwym. - Zrobiłem krótką pauzę, ściszając głos jeszcze bardziej. - Bo wiesz… kiedy ty jesteś szczęśliwy, ja też jestem szczęśliwy. -:Milczał przez dłuższą chwilę. Widziałem w jego oczach strach, nie gniew, nie sprzeciw, lecz czysty lęk.
- A konsekwencje? - Zapytał w końcu cicho. - A twoje ciało? Skąd wiesz, że będziesz w stanie znieść taką ciążę? - Jego dłoń lekko zadrżała, gdy ją uniósł. - Nie chcę, żeby to dziecko cię zabiło - Wyznał w końcu. - Tego się boję najbardziej. Tego zakończenia… nie mógłbym znieść. - Wyjaśnił, mówiąc mi to czego byłam świadom, a mimo to chciałem się poświęcić.
Pokręciłem przecząco głową. Nie bałem się tak jak on. Nie umrę. Myślę, że on by mi na to nie pozwolił.
Za każdym razem, gdy nosiłem pod sercem którekolwiek z naszych dzieci, dbał o mnie. Pilnował każdego szczegółu, mojego oddechu, snu, posiłków, nawet nastroju. Był czujny, uważny, obecny. Jakby sam fakt, że we mnie coś rośnie, zmuszał go do bycia jeszcze bardziej ludzkim, jeszcze bardziej troskliwym.
Wierzę, że tym razem byłoby tak samo. Że dobrze by się mną zaopiekował.
- O mnie się nie martw. To nie lekkomyślność. To pełna świadomość i miłość zachęcają mnie, by oddać ci dziecko. - Uniósłem na niego spokojne spojrzenie. - Haru i Hana już za chwilę będą pełnoletni. Pójdą swoją własną ścieżką… a my zostaniemy tu we dwoje. I czuję, że takie maleństwo dałoby nam radość. A tobie pozwoliłoby w końcu poczuć się prawdziwym rodzicem. Kimś, kim chyba już od dawna boisz się być, albo kim przestałeś wierzyć, że jeszcze możesz. - Przysunąłem się bliżej, wtulając w jego ciało. Chwyciłem jego dłoń i delikatnie położyłem ją na miękkim futrze kota. Zwierzę zamruczało cicho, przeciągając się i ocierając o jego palce, jakby doskonale wyczuwało napięcie, które z niego schodzi.
Uśmiechnąłem się, rozczulony tym widokiem.
- Widzisz? Od razu lepiej- Dodałem szeptem.
<Sorey? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz