Nie uważałem, bym był dla niego najlepszym, jaki to mógłby się mu trafić. Nie dość, że jestem łowcą, jego tak naprawdę śmiertelnym wrogiem, to jeszcze jestem człowiekiem. Kiepski ze mnie materiał na długowiecznego partnera. No i też taki trochę delikatny, w porównaniu przy nim. Jest wiele czynników, na które to muszę uważać, jak chociażby właśnie temperatura, różne trucizny, czy nawet to, jak stawiam stopę, by przypadkiem nogi nie złamać, albo kostki nie skręcić. Ludzkie ciało jest naprawdę kruche, i do tego jeszcze tak strasznie długo się leczy. Kiedy on się gorzej poczuje wystarczy, że napije się trochę krwi. Człowiek niekiedy potrzebuje długich tygodni, by dojść do siebie, a i tak konsekwencje jakiegoś wypadku mogą się ciągnąć za nim latami. Jak na przelotny romans pewnie będę dla niego opcją idealną. I mam cichą nadzieję, że pod koniec moich lat i pewnie tak to będzie postrzegał, i nie wkręci się w jakąś nieskończoną spiralę żałoby. Co ja myślę, na pewno się nie wkręci. Jest na to zdecydowanie zbyt mądry.
– Trochę polemizowałbym z tym stwierdzeniem, jeżeli patrzymy na ten aspekt z logicznego punktu widzenia – powiedziałem lekko, spokojnie gładząc jego plecy.
– Nie przejmuję się jakoś bardzo logiką – odparł bez wahania.
– I dobrze. Bo z logicznego punktu widzenia takie coś, jak wampiry istnieć nie powinny – odparłem, nieco rozbawiony jego odpowiedzią.
– Magia jest odpowiedzią na wszystko. Logika nie jest mi potrzebna – mruknął, tuląc się do mnie jeszcze bardziej. A co on taki tulaśny się stał...? Nie, żebym narzekał, lubię go do siebie przytulać, i wdychać do płuc ten cudowny, różany zapach. A może by mu jakieś perfumy kiedyś kupić...? To chyba nie najgorszy pomysł. Ale gdzie tu zdobyć dobre, różane perfumy? To trudny zapach. Ale coś się wymyśli. Może nadąży się jakaś fajna okazja...? Na razie będę miał to na uwadze. Do jego ustalonych urodzin, i kolejnych świąt mnóstwo czasu. Niemalże cały rok, na pewno zdążę coś wymyśleć.
Zazdrosny o brak atencji Futerko podszedł do nas, ocierając się o moją dłoń. Od razu go oczywiście podrapałem pod bródką, co wywołało u niego przyjemne mruczenie i zwinął się przy boku Serathiona. Miał dosłownie wszystko, ja go głaskałem, a na mojej Różyczce miał miękko. Jakie miał szczęście, że tamtej nocy puściłem Serathiona na spacer. Jestem pewien, że parę dni i zamarzłby tam na śmierć, a dzisiaj to już na pewno. Zima jest okropna, nie wiem, jak ktokolwiek lubi siarczysty mróz, krótkie dni i śnieg, który się roztapia po wejściu do budynku, i brudzi wszystko, i jest wszystko mokre, i paskudne... Fuj.
– Największe szczęście ma jednak Futerko. Gdyby nie ty, byłoby o jedno istnienie mniej – zauważyłem, nie przestając go głaskać.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz