piątek, 23 stycznia 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Nie miałem wielkiej ochoty wstawać, chociaż wiedziałem, że muszę. W kanapie w końcu były i koce, i kołdra... a tak mi się wygodnie tu leży. Co prawda, wygodniej byłoby nam w sypialni, ale przez to malowanie jeszcze troszkę musimy poczekać. A kiedy już tam wrócimy, to się wyciągnę na tym materacu i porządnie wypocznę. Chyba, że Miki będzie potrzebował mojej pomocy przed świętami, wtedy oczywiście leżeć nie będę. Skoro już zobligowałem się do spędzenia z nimi tego święta, to oczywiście pomogę. Nie mogę w końcu pozwolić mu na to, by wszystko robił sam. Są jeszcze dzieciaki, ostatnio bardzo nam pomagają, i na pewno do czegoś się przydadzą. Dom jest dosyć spory, do sprzątania jest tu mnóstwo. No i gotowania. Że też Mikleo chce się cokolwiek na te dni gotować... Pewnie z grzeczności będę czegoś musiał spróbować. I spróbuję, oczywiście. Nie po to mój Miki się tyle napracuje, by to wszystko się zmarnowało. 
– Nienawidzę zimy – mruknąłem niezadowolony, kiedy już mogłem wygodnie usiąść, opatulić i się do niego przytulić. Czułem, że Mikleo nie chciał za bardzo się do mnie zbliżać, ale ja na to pozwolić nie mogłem. Potrzebowałem go do siebie przytulić. Nawet jeśli jest chłodny, jego bliskość jest dla mnie znacznie ważniejsza. To on jest moim powodem do życia, dlatego też zawsze musi być blisko. Wtedy czuję się najlepiej, i nawet zimno nie jest mi straszne. 
– Jeszcze troszeczkę, i się skończy – obiecał nieco rozbawiony, niepewnie się do mnie przytulając. Nie czułem go aż tak dobrze, bo podczas kiedy ja byłem pod kilkoma warstwami koców i kołdry, on siedział na tym. I dobrze, bo gdyby tak pod to wszystko wlazł, zaraz by go przegrzało. 
– Jeszcze troszeczkę? Dopiero się zaczęło – mruknąłem niezadowolony, popijając kakao. Cudownie słodki i gorący napój przyjemnie rozgrzewał mnie od środka, koce nagrzewały mnie od zewnątrz... chyba powoli czułem się lepiej. Mam nadzieję, że już teraz tylko raz wyjdziemy, po tę nieszczęsną rybę i niby te ubrania dla mnie, i już później będę mógł siedzieć tutaj. Tylko, że ja chciałem pracę zacząć... Nie wiem, jak ja pracę zacznę w takie pogody. Przecież ja będę nie do życia. 
Chwilę po tym zauważyłem jednego z naszych starszych kotów, Wąsika, jeżeli dobrze pamiętam, idącego bardzo ostrożnie w naszym kierunku, jakby coś go nagle miało zaatakować. Banshee obserwowała go z uwagą, ale nic jeszcze nie mówiła. Po chwili kociak wskoczył na mnie, ugniótł łapkami miejsce na moich kolanach, i zwinął się w kulkę. Na mnie. 
– Miki, obawiam się, że nasz kot jest chory – powiedziałem cicho, starając się nie ruszać, by go nie spłoszyć. 

<Owieczko? c:>​

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz