Nie byłem pewien, czy to na pewno dobry pomysł, żeby wychodzić na zewnątrz. Przecież jemu było tu ewidentnie dobrze, miał ciepło, kołdrę, poduszkę i kominek, w którym ogień już zdążył się porządnie rozpalić. Po co więc miałby się dla mnie poświęcać? To nie miało najmniejszego sensu. Jakoś bym sobie poradził. Mówiłem mu już przecież, że jest dobrze tak, jak jest. Owszem, trochę się nudzę, ale to nic. Kocham, a więc mogę się poświęcić.
- Czy ty jesteś tego pewien? - Zapytałem w końcu. - Widzę, że jest ci zimno. Nie chcę, żebyś specjalnie dla mnie ryzykował. Mogę siedzieć w czterech ścianach. Co prawda chętnie wyszedłbym na dwór, ale przy tej temperaturze wolę poczekać. Nie chcę, żebyś zachorował… Nie wiem nawet, czy byłbym w stanie się tobą opiekować, gdybyś leżał chory. - Mówiłem to całkiem serio. A prawda była taka, że nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie zejść na dół po jedzenie. W gospodzie było bardzo jasno, wszystko poodkrywane, słońce lało się przez okna bez litości, a to nie było dla mnie zbyt bezpieczne miejsce.
- Myślę, że poradziłbyś sobie - Odpowiedział w końcu, uśmiechając się do mnie zadziornie. - Nie jestem aż tak wymagający. Poza tym zajmuję się twoim kotem, więc miło by było, gdybyś zajął się mną. - Ten uśmiech mówił wszystko. Jakby chciał mi przypomnieć, że skoro opiekuje się futrzakiem, to jestem mu coś winien. No dobrze. Niech mu już będzie. I tak jestem beznadziejnie dobry w spełnianiu jego zachcianek. Na święta dostał dokładnie to, czego chciał i dokładnie tak, jak chciał. Może dlatego, że lubię seks i chętnie kosztuję wszystkiego, co mi proponuje.
- A jak myślisz - Dodałem - Gdybyś jednak zachorował, kto przyniósłby ci jedzenie? Na pewno nie ja. Nie mogę schodzić na dół. W gospodzie wszędzie jest słońce, a ja… lubię życie. Nie chcę umierać, idąc po twoje śniadanie. - Może w tej chwili myślałem tylko o sobie, ale jako wampir wolałem unikać kontaktu ze słońcem. Poza tym nie chciałem schodzić na dół także z innego powodu. Za każdym razem, gdy tam byłem, Dona rzucała we mnie uszczypliwymi uwagami. Słowa, które niby nic nie znaczyły, a jednak zostawiały ślad. Szczerze mówiąc, nie miałem ochoty znosić jej obecności. Nie tym razem. Wolałem jej unikać, tak bardzo, jak tylko było to możliwe.
- Myślę, że nawet gdybym był chory, poradziłbym sobie i sam zszedł na dół coś zjeść - Stwierdził spokojnie. - Nawet w gorączce nie jestem aż tak nieudaczny. - Mówiąc to, mimowolnie pogładził mnie po plecach. Ten prosty gest sprawił, że napięcie, które nosiłem w sobie, nieco zelżało. - Poza tym chcę pójść z tobą na spacer - Dodał ciszej. - Chociażby na chwilę. Czuję, że tego potrzebujesz. A ja… chcę spełnić twoją małą potrzebę, nawet jeśli na dworze jest zimno. - Naprawdę był kochany. Poświęcał się dla mnie, choć wcale nie musiał i miałem wrażenie, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Robił to nie z obowiązku, lecz z czystej chęci bycia blisko, z troski, która nie domagała się zapłaty.
- Ależ ja mam szczęście, że trafił mi się ktoś taki jak ty - Wyszeptałem, pozwalając sobie na ciepły uśmiech.
Schowałem twarz w jego ramionach, jakby były najbezpieczniejszym miejscem na świecie. I przez krótką chwilę wszystko przestało mieć znaczenie.
- Czy ty jesteś tego pewien? - Zapytałem w końcu. - Widzę, że jest ci zimno. Nie chcę, żebyś specjalnie dla mnie ryzykował. Mogę siedzieć w czterech ścianach. Co prawda chętnie wyszedłbym na dwór, ale przy tej temperaturze wolę poczekać. Nie chcę, żebyś zachorował… Nie wiem nawet, czy byłbym w stanie się tobą opiekować, gdybyś leżał chory. - Mówiłem to całkiem serio. A prawda była taka, że nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie zejść na dół po jedzenie. W gospodzie było bardzo jasno, wszystko poodkrywane, słońce lało się przez okna bez litości, a to nie było dla mnie zbyt bezpieczne miejsce.
- Myślę, że poradziłbyś sobie - Odpowiedział w końcu, uśmiechając się do mnie zadziornie. - Nie jestem aż tak wymagający. Poza tym zajmuję się twoim kotem, więc miło by było, gdybyś zajął się mną. - Ten uśmiech mówił wszystko. Jakby chciał mi przypomnieć, że skoro opiekuje się futrzakiem, to jestem mu coś winien. No dobrze. Niech mu już będzie. I tak jestem beznadziejnie dobry w spełnianiu jego zachcianek. Na święta dostał dokładnie to, czego chciał i dokładnie tak, jak chciał. Może dlatego, że lubię seks i chętnie kosztuję wszystkiego, co mi proponuje.
- A jak myślisz - Dodałem - Gdybyś jednak zachorował, kto przyniósłby ci jedzenie? Na pewno nie ja. Nie mogę schodzić na dół. W gospodzie wszędzie jest słońce, a ja… lubię życie. Nie chcę umierać, idąc po twoje śniadanie. - Może w tej chwili myślałem tylko o sobie, ale jako wampir wolałem unikać kontaktu ze słońcem. Poza tym nie chciałem schodzić na dół także z innego powodu. Za każdym razem, gdy tam byłem, Dona rzucała we mnie uszczypliwymi uwagami. Słowa, które niby nic nie znaczyły, a jednak zostawiały ślad. Szczerze mówiąc, nie miałem ochoty znosić jej obecności. Nie tym razem. Wolałem jej unikać, tak bardzo, jak tylko było to możliwe.
- Myślę, że nawet gdybym był chory, poradziłbym sobie i sam zszedł na dół coś zjeść - Stwierdził spokojnie. - Nawet w gorączce nie jestem aż tak nieudaczny. - Mówiąc to, mimowolnie pogładził mnie po plecach. Ten prosty gest sprawił, że napięcie, które nosiłem w sobie, nieco zelżało. - Poza tym chcę pójść z tobą na spacer - Dodał ciszej. - Chociażby na chwilę. Czuję, że tego potrzebujesz. A ja… chcę spełnić twoją małą potrzebę, nawet jeśli na dworze jest zimno. - Naprawdę był kochany. Poświęcał się dla mnie, choć wcale nie musiał i miałem wrażenie, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Robił to nie z obowiązku, lecz z czystej chęci bycia blisko, z troski, która nie domagała się zapłaty.
- Ależ ja mam szczęście, że trafił mi się ktoś taki jak ty - Wyszeptałem, pozwalając sobie na ciepły uśmiech.
Schowałem twarz w jego ramionach, jakby były najbezpieczniejszym miejscem na świecie. I przez krótką chwilę wszystko przestało mieć znaczenie.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz