Nasza mała wigilia zbliżała się się dużymi krokami, a ja nie za bardzo miałem pojęcie, jak ona ma wyglądać. Jeszcze teraz, z kociakiem, będzie nam trochę ciężej. Ten mały szkielet powoli przybierał na wadze, i nie lubił nas opuszczać. Pchał się na kolana, czy to do mnie, czy do Serathiona, i jedyne, gdzie spał, to łóżko. Jak na takiego małego szkielecika, naprawdę nieźle się wspinał. Ciężko nam było o chwilę prywatności, tę mieliśmy tylko w łazience, i to też nie na długo, bo zaraz przeraźliwie miauczał. Zawsze jedno z nas musiało być przy nim, bo inaczej wariował. Jeśli mam być szczery, nie było mi to zbytnio na rękę.
– I ostatnia. Oficjalnie jesteś wyleczony. Tylko musisz trochę przytyć – powiedziałem, krusząc tabletkę do pożywienia. Tylko w ten sposób dało się mu podać antybiotyk.
– Ładnie wygląda, prawda? – zapytał Serathion patrząc, jak Futerko wcina to, co mu przyniosłem z kuchni. – Myślisz, że dalej musimy mu dawać tak małe porcje?
– Jeszcze dzisiaj tak, ale od jutra chyba dawałbym mu większe, i trzy razy dziennie. I możnaby go w końcu wykąpać – powiedziałem, przesuwając dłonią po kręgosłupie kociaka. Jeszcze był zbyt wyczuwalny, ale nie tak bardzo, jak w tych pierwszych dniach. Niesamowite, kilka dni i już wygląda znacznie lepiej.
– Jutro te całe święta, prawda? – zapytał nagle Serathion, czym mnie zaskoczył. Nie sądziłem, że zapamięta datę.
– Prawda. W gospodzie będzie w końcu trochę spokojniej, zostaną tu tylko takie wyrzutki jak my, a tych nie ma jakoś dużo – odpowiedziałem, wracając na łóżko. Futerko i tak zaraz do nas przyjdzie i tak, i to szybciej, niż oboje moglibyśmy się tego spodziewać. Całe szczęście, że nie było z nim problemów, jak chodzi o załatwianie się. Bardzo szybko zrozumiał, po co przyniosłem mu tę skrzyneczkę, i bardzo dobrze. Sprzątanie odchodów, zwierzęcych czy ludzkich, nie należy do najprzyjemniejszych. – Zjem coś jutro, i przyjdę do ciebie z winem. I czymś lepszym dla ciebie, tak, bo przecież nam żyć nie dasz. Nie, żebyś teraz był łaskawy – ostatnie dwa zdania skierowałem do kociaka, który zgodnie ze swoim zwyczajem po posiłku wskoczył do nas. Nie byłby sobą, gdyby nie zajął miejsce na moich albo Serathiona kolanach. Za dnia wolał spać u moje Różyczki, ale kiedy widział, że kładę się spać, zaraz znajdował się na mnie. Ma chłopak wymagania.
– Brzmi bardzo smakowicie – odpowiedział, głaszcząc kociaka, który zwinął się mu na kolanach w mały bochenek. – I ubogo dla ciebie. Gdzie te dwanaście potraw?
– Cóż, obawiam się, że jakbym tak zjadł dwanaście potraw, nie byłbym w stanie się ruszyć, a co dopiero ruchać. Nie, zdecydowanie jedna mi wystarczy – uśmiechnąłem się do niego znacząco. – O ile się nam uda. Bo z tym czortem nigdy nic nie wiadomo – dodałem, zerkając na Futerko. Ciekawe, czy gdybym ja przyprowadził psa, też by traktował tak ciepło. Kociaka pokochał przecież natychmiastowo, co zaskakiwało nawet mnie. Zdecydowanie coś się w nim tam zmieniło.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz