wtorek, 13 stycznia 2026

Od Haru CD Daisuke

Maluch był dziś wyjątkowo ruchliwy. Zbyt ruchliwy. Zastanawiałem się, dlaczego aż tak bardzo próbował zwrócić na siebie uwagę swojej mamy. Czy czuł się samotny? A może w jakiś sposób opuszczony? To było dziwne i to bardzo. Trudno było mi znaleźć logiczne wytłumaczenie tego nieustannego poruszania się, tych drobnych, ale wyraźnych znaków obecności. Nie do końca rozumiałem, jak to wszystko działa, jednak jedno wiedziałem na pewno: jeśli dziecko wda się we mnie, będzie jeszcze bardziej żywiołowe i zdecydowanie mniej litościwe, niż życzyłby sobie tego mój panicz.
Nie odzywałem się ani słowem, by przypadkiem nie zestresować mojego panicza. Cicho i z należytą ostrożnością odsunąłem dla niego krzesło, by mógł usiąść jak przystało na dżentelmena. Gdy już zajął miejsce, usiadłem obok niego, gotów w każdej chwili chronić go przed wszelkimi uszczypliwymi uwagami ze strony jego babci. Może i w tej chwili nie była jeszcze złośliwa, może nawet nie mówiła niczego otwarcie nieprzyjemnego, ale kto ją tam wie… Wystarczyło kilka minut, czasem nawet kilka sekund, by jej nastrój uległ zmianie.
Pozornie Wigilia przebiegała spokojnie i ku mojemu zaskoczeniu mogłem nawet powiedzieć, że była udana. Babcia zadawała pytania, ale nie było w nich agresji ani nachalności. Była wręcz uprzejma, co jak na nią stanowiło prawdziwą nowość. Znam ją już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, jak potrafi być trudna, dlatego ta zmiana zachowania była dla mnie niemal niepokojąca, a jednocześnie… miła.
Czas spędzony razem minął naprawdę dobrze. Nie spodziewałem się tak pozytywnego zakończenia całej tej Wigilii. Śmiech, żarty, wspólne kolędowanie i spożywanie wyjątkowo smacznych potraw stworzyły atmosferę, której dawno nie doświadczyłem. Była to moja pierwsza Wigilia, którą mogę z czystym sumieniem uznać za naprawdę udaną i którą z pewnością będę wspominał z uśmiechem.
Nawet nasze maleństwo, ukryte bezpiecznie w łonie swojej mamy, w końcu się uspokoiło, przestając kopać. To znaczyło bardzo wiele dla Daisuke. Dzięki temu mógł spędzić ten czas razem z nami, nie zamykając się w czterech ścianach swojego pokoju, jak miało to miejsce przez ostatnie kilka dni. Ta chwila spokoju, bliskości i zwyczajnej rodzinnej obecności była czymś, czego wszyscy potrzebowaliśmy bardziej, niż chcieliśmy to przyznać.
W pewnym momencie dostrzegłem jednak, że mój panicz jest zmęczony, wyraźnie miał już dość. Postanowiłem więc pozwolić mu odpocząć. Najwidoczniej dla niego ta cała otoczka, choć na pozór pełna atrakcji, była zbyt wtrącająca i męcząca, nie pozwalając mu spędzić z nami więcej czasu. I nie było w tym nic złego. Jest w ciąży, nosi pod sercem dziecko, które potrafi odbierać nie tylko energię, lecz także siły potrzebne do codziennego funkcjonowania.
- Chciałbyś się może położyć? - Zapytałem cicho. - Wyglądasz na naprawdę zmęczonego. Może nie ma sensu aż tak się poświęcać? - Wiedziałem, że chce być z nami jak najdłużej, że zależy mu na każdej wspólnej chwili. Pytanie tylko, jakim kosztem? Zdecydowanie nie było sensu zmuszać się ponad własne siły.
- Szczerze mówiąc… położyłbym się na chwilę - Przyznał po krótkim namyśle. - Trochę bolą mnie już plecy. - Jego mina mówiła wszystko. Wiedziałem, że nie kłamie i zresztą po co miałby to robić? Nie miałoby to najmniejszego sensu.
- W takim razie pożegnaj się ze wszystkimi i chodźmy - Zaproponowałem łagodnie. - Położysz się, odpoczniesz, a jeśli tylko będziesz chciał, zostanę z tobą. - Obiecałem to bez wahania, pochylając się i całując go w to blade, zmęczone czoło, z czułością i troską, na jaką w tej chwili zasługiwał najbardziej.

<Paniczu? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz