Nie wiem, czy to miało jakikolwiek sens. Jeżeli ona go wyrzuci, to ja oczywiście pójdę za nim. A jeżeli go wyrzuci teraz, kiedy słońce wzeszło... nie, lepiej, bym ja z nią porozmawiać, na spokojnie, i może jakoś ją ugadam. Może ten kociak weźmie ją za serce? Jak chodzi o Futerko, stał się on strasznie ruchliwy. Wiedziałem, co to oznacza, chciał się załatwić. Dobrze, że byłem ubrany, nie pamiętam, kiedy zasnąłem, więc nie miałem za bardzo kiedy się przebrać.
– Potrzymaj go na chwilę. Zaniosę go na dwór, ale muszę coś na siebie narzucić, i buty założyć – poprosiłem, podając mu go.
– Coś się stało? – zapytał zmartwiony, biorąc go w swoje dłonie.
– Wydaje mi się, że chce się załatwić. Wolałbym żeby uniknąć sprzątania w pokoju – powiedziałem, szybko się ogarniając i zaraz opuszczając pokój, oczywiście wraz z kociakiem. Teraz nie było za wiele czasu na tłumaczenia, ale zaraz się za to zabiorę. Wpierw kociak. A później... później się okaże.
– Proszę. Wiem, że zimno w łapki, ale nie mam nic lepszego – powiedziałem, stawiając kociaka na śniegu. Udało mi się go wynieść szybko i niepostrzeżenie, co nie zmienia faktu, że i tak będę musiał z nim iść do Dony. Dobrze, żeby coś dostał przed wyjściem do medyka. A może niedobrze...? Może powinien pójść tam na czczo? I dać mu tylko wody? Ale jedzenie też mu jest ewidentnie potrzebne. – Postaraj się wyglądać jak najbardziej żałośnie. Może jakoś przez to dotrzesz do jej serduszka – dodałem cicho, biorąc go na ręce. Serce trochę mi biło, nie ukrywam, że rozmowa z nią mnie stresowała, zwłaszcza o porze, która jest śmiertelna dla Serathiona. Gdyby nie to, miałbym kompletnie gdzieś wynik tej rozmowy.
Opatuliłem kota ręcznikiem i niepewnie wróciłem do środka. Rankiem było mało osób, co wziąłem za plus, jak mnie wyrzuci stąd na zbity pysk, nie będzie aż takiego wstydu.
– Dzień dobry, Dono – odezwałem się spokojnie, na razie trzymając kota ukrytego pod płaszczem. Byleby wytrzymał i nie zaczął zaraz miauczeć.
– Dzień dobry. Podać ci już śniadanie? Czy gdzieś się zaraz wybierasz? – zapytała, przesuwając po mnie wzrokiem. Jeszcze była na mnie nieco zła... a to niedobrze. Cóż, wszystko albo nic.
– Faktycznie gdzieś się wybieram, ale wpierw poprosiłbym o troszkę do jedzenia... dla niego – tutaj wyjąłem kotka, co spotkało się to najpierw z zaskoczeniem, a później zrezygnowaniem. To raczej dobry znak. Jakby była zła, już bym usłyszał mnóstwo przykrych rzeczy.
– Przybłęda z ulicy? Naprawdę, Elianie? Całego świata uratować się nie da – pokręciła głową z dezaprobatą. – Widać, że ledwo żyje. Naprawdę chce ci się w to bawić? I co na to twój wymuskany kolega?
– Chcę dać mu szansę, tak samo jak dano szansę mnie. A Serathion też jest za tym pomysłem – odpowiedziałem, a ona znów głośno westchnęła.
– Niech tylko spróbuje narobić w pokoju, to wylecicie całą trójką – mruknęła, znikając w kuchni.
– Chyba to przeżyjemy, mały – mruknąłem cicho do kota, drapiąc go za uchem.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz