poniedziałek, 19 stycznia 2026

Od Mikleo CD Soreya

Westchnąłem cicho. Cały on,  nie widzi w tym najmniejszego problemu. Tylko, że ja widzę. I to całkiem spory.
Ten drugi strój, o którym mówi, nie jest zbyt elegancki, a jednak na Wigilię, nawet jeśli będziemy tylko we czwórkę, wypadałoby wyglądać ładnie. Nie mówię o garniturze ani o krawacie. Wystarczyłaby schludna biała koszula i czarne spodnie. Cokolwiek, byle nie wyglądał jak ktoś, kto przyszedł prosto z ulicy.
Wiem, że święta nie są po to, by stroić się w najlepsze kreacje, ale skoro ja i dzieci ubierzemy się w miarę porządnie, to chyba dobrze, żeby i on wyglądał chociaż przyzwoicie, prawda?
To jednak nie znaczy, że się na to zgodzi. Znam go. Zrobi wszystko, żeby wyszło na jego powie, że to bez sensu, że i tak nie będzie wyglądał dobrze, że cokolwiek zrobi, i tak będzie źle. Cały on.
Czasem nawet nie wiem, czy jest sens z nim o cokolwiek walczyć. I tak powinienem się cieszyć, że zgadza się spędzić z nami święta Bożego Narodzenia. Mimo, że nie ma na to najmniejszej ochoty.
- A nie chciałbyś może wyglądać trochę lepiej? - Zapytałem ostrożnie. - Wiesz… nowe spodnie? Ładna koszula? Nie czujesz takiej potrzeby? - Przyglądałem mu się uważnie, gdy ruszyliśmy dalej w drogę powrotną do domu.
- Nie potrzebuję i tak cokolwiek bym nie zrobił, czy też nie założył i tak nie będę wyglądał lepiej - Odpowiedział, wzruszając ramionami. - Czy tego chcesz, czy nie, nie muszę wyglądać tak dobrze jak ty. To nie ja mam być gwiazdą wieczoru. - A więc czy był sens dyskutować? Zdecydowanie nie. On i tak ma swoje zdanie i nic ani nikt tego nie zmieni..
W milczeniu wróciliśmy do domu. Spokojnie wpakowaliśmy zakupy, nie poruszając już tematu ubrań. On ich nie chciał, a ja nie chciałem się kłócić.
Po schowaniu wszystkich produktów mogliśmy w końcu usiąść i odpocząć. Obiad był przygotowany już wczoraj, więc ten problem mieliśmy z głowy. Został tylko wspólny czas.
- Wiesz, że i tak będę musiał jeszcze pójść do miasta przed świętami? - Zacząłem ostrożnie, wiedząc, że nie będzie z tego zadowolony.
- Co? Po co? - Mruknął niezadowolony, wtulając się we mnie, wsuwając nos w moje włosy, jakby próbował się uspokoić. Nie wiedziałem tylko, czemu aż tak się denerwuje, przecież nie powiedziałem nic złego.
- No wiesz… nie kupiliśmy ryby. A ją zawsze bierze się dzień albo dwa przed świętami - Wyjaśniłem. Od razu czując, jak jego dłonie zaciska się mocniej na moich ramionach, jakby chciał ukryć mnie przed całym światem.
- Dobrze, pójdę po tę rybę - Stwierdził.
Na to jednak nie mogłem się zgodzić. To znaczy… samo pójście po rybę nie było problemem. Problemem było to, że on nie wie, jaką rybę kupić ani ile jej wziąć. A nawet jeśli mu to dokładnie wytłumaczę… cóż, nie byłem pewien, czy da sobie z tym radę.
- Jesteś pewien? Może lepiej, jak pójdziemy razem. Nie wiem, czy spamiętasz, jakie ryby trzeba kupić. - Nie powiedziałem tego dlatego, że w niego nie wierzyłem. Po prostu znam go zbyt dobrze. Wiem, jaki jest i wiem też, co usłyszę, gdy zacznę wymieniać, jaka ryba, w jakiej ilości. Już widziałem ten jego wzrok mówiący za dużo szczegółów i  słyszałem w głowie to charakterystyczne westchnienie.
- To nie jest takie trudne - Mruknął, jakby czytał mi w myślach. - Ryba to ryba. - No właśnie. Dla niego ryba to ryba.
A dla mnie. Wigilia bez odpowiedniej ryby to nie Wigilia.
Przygryzłem wnętrze policzka, wahając się przez chwilę. Nie chciałem go zirytować, ale jeszcze mniej chciałem skończyć z czymś, co kompletnie nie pasowałoby do świątecznego stołu.
- Wiem… Po prostu wolę mieć pewność. To ważne. - Spojrzał na mnie przez moment, jakby zastanawiał się, czy warto ciągnąć ten temat. 
- Dobra - Mruknął. - Pójdziemy razem. Ale tylko dlatego, że dla ciebie to takie ważne. - I może właśnie dlatego poczułem ulgę. Wiedząc, że będę przy nim gdy będziemy wybierać odpowiednią rybę.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz