Na moje szczęście, kiedy tylko zszedłem na dół, Dony nigdzie nie było. Była za to Lidia, i całe szczęście, ona nie poruszała za bardzo tematu Serathiona. Też za nim nie przepadała, to było bardziej niż oczywiste, ale przynajmniej o nim nic nie mówiła, co mi odpowiadało. Nie lubiłem słuchać złych rzeczy na temat mojego partnera. Nie znają go, ale oczywiście wypowiedzieć się muszą. A Lidia, w przeciwieństwie do swojej matki, skupiała się na wszystkim innym, tylko właśnie nie na rozmowie o nim. Nieco z nią pogadałem, by usłyszeć najnowsze plotki, ale nie wyglądało na to, by ktokolwiek nas szukał. Dalej byliśmy tu bezpieczni. Dziwne uczucie... ale wychodzi na to, że zgubiliśmy pościg na dobre. Skoro przez tak długi okres nikt nie natrafił na nasz trop, to z dnia na dzień jest on coraz słabszy, i trudniej nas znaleźć. Tylko jeszcze te nocne wypady Serathiona... mam nadzieję, że nikt go przez nie nie namierzy.
- Wino? Od kiedy pijesz? - spytała zaskoczona, kiedy poprosiłem ją o jedzenie dla kociaka, a także wino dla mojej przepięknej Różyczki.
- Ja? Nie piję. To dla Serathiona – powiedziałem spokojnie i zauważyłem, jak delikatnie się krzywi na samo spojrzenie jego imienia. Kobiety są naprawdę dziwne.
- Cała butelka, tylko dla niego? To... nie za dużo? - spytała, mimo wszystko podając mi wino, a także talerzyk z jedzonkiem dla tego małego czorta.
- Czemu za dużo? Będzie miał na kilka kolejnych dni. Nie wypije tego wszystkiego przecież sam – powiedziałem, płacąc za te dodatki. - Dziękuję ci bardzo. Miłej zmiany.
Wróciłem do pokoju z nadzieją, że zapach dziewczyny za bardzo się na mnie nie osiadł. Trochę się wokół mnie kręciła, a Serathion, na jej punkcie, naprawdę jest przewrażliwiony, i nie tylko na jej. Większość kobiet i dziewczyn, które pracują w tej gospodzie, powodują u niego białą gorączkę, bo jest przekonany, że każda na mnie leci. Przynajmniej dzięki temu wie, jak się czuję, kiedy on gdzieś wychodzi. Kiedy wszystko, co mi zostało, to domysły.
- Jestem – odpowiedziałem, wchodząc do pokoju. Moja piękna Różyczka czekała na mnie leżąc leniwie na łóżku, bawiąc się z Futerkiem. A przynajmniej robił to, dopóki ta czarna kupka futra nie znalazła się przy mnie, głośno się drąc. Panie... gdybym kiedykolwiek miał kaca, chyba bym udusił tego kota. M a szczęście, że nigdy się to nie wydarzy. - Masz szczęście, że o tobie pamiętam. Jak na moje powinieneś dostać później, ale znaj moje dobre serce.
- Wspaniałomyślnyś – Różyczka uśmiechnęła się do mnie, patrząc jak się zajmuję kociakiem. - Mój wojownik najedzony?
- Najedzony i wręcz przeżarty – odpowiedziałem rozbawiony, idąc do niego. - Jakiego mój organizm dostanie szoku, gdy po takich wygodach przejdziemy do żmudnej podróży. I takich dobroci już mieć nie będę – dodałem, przyciągając go do siebie i sadzając na swoich kolanach. Objąłem go jedną ręką, a drugą zacząłem gładzić jego udo. Jeszcze godzina do zachodu słońca. Przerażające, jak dzień szybko ucieka w zimę. Ledwo wstałem, coś porobiłem i słońce zaraz zachodzi. - Potowarzyszę podczas spaceru. Ludzie muszę w końcu zobaczyć, kto jest autorem tych wszystkich malinek – dodałem, całując jego kark.
- Tak? A kto powiedział, że ja chcę wychodzić dzisiaj na spacer? - spytał, odwracając głowę w moją stronę.
- A nie chcesz? - odparłem, coś tak czując, że trochę się ze mną droczy i pewnie i tak finalnie skończymy na dworze, chociaż na chwilę.
<Różyczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz