Czy ja miałem wyjście? Nie widziałem żadnego. Nie chciałem go spłoszyć. To była chwila naprawdę niezwykła, niespodziewana i chciałem, by trwała ona jak najdłużej, zwłaszcza, że one nie mają dużo czasu. Były takie stare... a ja je tak stresowałem. Nie chciałem tego dla nich. Przecież to to były moje kociaki. To ja musiałem się ładnie do Mikleo uśmiechać, byśmy mogli je zatrzymać. A jak z psami ciężko było... Teraz już się chyba ich nie boi. Albo nie aż tak. Ciężko mi było stwierdzić, dawno nie przygarnialiśmy żadnego psa, nie dorosłego. Bo jednak chyba trochę inaczej jest, jak się ma szczeniaka, i się go szkoli, on z tobą dorasta, a inaczej, jak przygarniasz psa z przeszłością, niepewnego, który faktycznie może zrobić krzywdę, bo coś źle mu się skojarzy. Wątpię, byśmy jeszcze jakieś zwierzątko przygarnęli, chociaż ja nie miałbym z tym żadnego problemu, a wręcz przeciwnie. Lubię zwierzaki, znacznie bardziej niż ludzi. One zasługują na pomoc. Ale chyba nie dostrzegają we mnie nikogo dobrego.
– Będę. Muszę. To będzie dla mnie wyzwanie, ale sam radę – odpowiedziałem, wpatrując się niepewnie w to drobne ciałko, które usadowił na moich kolanach. To naprawdę było dla mnie niezwykłe. Odzwyczaiłem się od tego. Kiedy ostatni raz jakaś żywa istotka spała mi na kolanach? Odkąd jestem demonem, żaden kot się do mnie za bardzo nie zbliżył. Psotka mnie lubi, ale mi nigdy na kolana nie wskoczyła. Banshee bardzo lubi, ale to pewnie dlatego że bije ode mnie ciepło. No i Miki też często mi na kolana się pakuje... ale to mi się bardzo podoba. Jego to mogę mieć na kolanach cały czas. – Nie chciałbym go spłoszyć.
– Jak na moje wydaje się być bardzo zrelaksowany – odpowiedział rozbawiony Mikleo, wyciągając rękę, by podrapać go za uszkiem. Też miałem ochotę to zrobić, ale się obawiałem. Mikleo ufał, Mikleo lubił, a mnie... cóż, chyba też musiał mi choć trochę ufać, skoro do mnie przyszedł i zamknął ślepka, będąc tak blisko mnie. A może to tylko zimno go w tyłek uderzyło i stwierdził, że warto zaryzykować ze mną? – Wiesz, że jak się rozluźnisz, będę mu nawet bardziej wygodnie?
– No nie wiem... skoro już się nie rusza, to chyba tak mu jest dobrze – odparłem niepewnie, starając się nawet za głęboko nie oddychać. Nawet bałem się dopić swoje kakao. Dopóki nie zejdzie, ja nie mogę się ruszyć, proste.
– Dawno nie miałeś kota na kolanach, co? – zauważył rozbawiony, przyglądając mi się z uwagą. – W końcu nie wytrzymasz i się poprawisz sam, zobaczysz – dodał, opierając wygodnie głowę o moje ramię.
– Mam za sobą lata treningu, trwanie w bezruchu to dla mnie nic wielkiego. Tylko szkoda tego kakao – skrzywiłem się nieco, zerkając kątem oka na mój kubek
– Jesteś uroczy – uśmiechnął się rozczulony, nie spuszczając z nas wzroku.
– Jestem potężnym demonem, który ma bronić ciebie, i dzieci, i nawet tych kociaków. Nie mogę być uroczy, muszę być groźny – rzuciłem, delikatnie pusząc policzki. Uroczy... gdzie on we mnie widział ten urok? Ja wiem, że działała iluzja, i nie wyglądałem jakoś super bardzo źle, ale też do bycia uroczym bardzo mi daleko. W przeciwieństwie do niego. On to dopiero jest słodki i uroczy.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz