Nie miałem nic przeciwko temu, żeby poszedł spokojnie i zjadł swój posiłek. W tym czasie mogłem zająć się kociakiem, chociaż dobrze wiedziałem, że maluch i tak zacznie głośno miauczeć, czekając na powrót swojego pana, który przyniesie mu jedzenie. Futerko doskonale zdaje sobie z tego sprawę i bez skrupułów wykorzystuje to przy każdej możliwej okazji.
- Oczywiście, idź spokojnie, zjedz - Powiedziałem. - I może tym razem się nie śpiesz aż tak. - Wiedziałem jednak, że to brzmi trochę obłudnie. Zawsze go pośpieszałem, ilekroć schodził na dół, i dobrze znałem powód własnej niecierpliwości. Nie chodziło o to, że wychodzi sam, przecież na dworze może robić, co tylko chce. Problem zaczynał się wtedy, gdy schodził do gospody.
Bo ja wiedziałem, że tam jest… córka Dony. Nigdy nie potrafiłem zapamiętać jej imienia. Lidia? Chyba tak. Zresztą, co mnie obchodzi imię konkurencji. Najważniejsze było to, że nie zgadzałem się na to, by się mu podlizywała. Owszem, ostatnio trochę go unika, albo to on unika jej, sam już nie wiem. Nie ma mnie przy nich, nie widzę wszystkiego na własne oczy, a mimo to czuję irytację za każdym razem, gdy pomyślę, że ona może tam być.
Najbardziej drażni mnie to, że ona potrafi się do niego przymilać, a on, ku mojej frustracji, nic jej nie powie. Nie postawi granicy, nie utnie rozmowy. I choć staram się zachować spokój, gdzieś pod skórą narasta we mnie to nieprzyjemne, uporczywe uczucie zazdrości.
- No proszę… czy to na pewno mój złośliwy wampirek? - Zauważył z wyraźnym rozbawieniem. - Przecież zawsze powtarzasz, żebym się pośpieszył i jak najszybciej przyniósł jedzenie dla malucha. - Oczywiście musiała odpowiedzieć. Bo kim by był, gdyby chociaż odrobinę mi się nie odgryzł.
- Dziś jest dzień dobroci dla zwierząt -
Stwierdziłem spokojnie, biorąc Futerko na ręce przytulając go do siebie.
- Ach, dziękuję za twoją łaskawość - Rzucił z teatralnym tonem, po czym opuścił pokój, zostawiając mnie samego z maluchem.
Na szczęście Futerko nie zaczął od razu miauczeć. Wręcz przeciwnie, grzecznie zasnął w moich ramionach, ciepły i miękki, jakby doskonale wiedział, że chwilowo nie ma się czym niepokoić. Siedziałem grzecznie czekając na powrót Eliana, co jakiś czas zerkając na zegarek. Wiedziałem, że to jeszcze moment, a potem wyjdziemy wspólnie na spacer, zabierając ze sobą malucha, który być może okaże się grzeczny i nie sprawi więcej problemów, niż to konieczne...
Futerko, podobnie jak ja, usłyszał zbliżającego się w naszą stronę Eliana. Już po chwili wyskoczył z moich ramion i ruszył ku drzwiom, biegnąc na swoich wciąż jeszcze nieco słabych łapkach, które nie zawsze chciały współpracować i utrzymać równowagę.
Gdy tylko drzwi się otworzyły, kociak wydarł się tak głośno, jakby nie jadł od wieków, domagając się uwagi i posiłku, który mój partner już trzymał dla niego na talerzu.
- No już, już… przecież wróciłem. Nie dramatyzuj tak - Westchnął ciężko, podając mu jedzenie.
Dopiero wtedy mógł na chwilę podejść do mnie. Delikatnym ruchem założył mi na palec pierścionek, który pomagał ukryć moje wampirze ja, a zaraz potem bez wahania połączył nasze usta w namiętnym pocałunku.
- Odebrałem to, co moje - Mruknął z zadowoleniem, gdy w końcu oderwał się od moich ust, wyraźnie usatysfakcjonowany pocałunkiem, który po prostu sobie wziął.
- Twój jestem w całości. Od czubka głowy aż po czubki stóp - Zapewniłem, podnosząc się z łóżka i uśmiechając do niego miękko. - To co, idziemy? - Nie mogłem się już doczekać. Szczerze pragnąłem wyjść na zewnątrz, opuścić cztery ściany tego pokoju i spędzić z nim wspólnie czas razem, we troje, bo coś czuję, że Futerko nawet tam wciąż będzie atencyjny.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz