Wpatrywałem się w tego małego kotka i kompletnie nie wiedziałem, co powiedzieć. Przecież... nie mogliśmy go ze sobą zabrać. Psa bym zrozumiał, one jednak pilnują się człowieka, chodzą za swoim właścicielem, a kot? Koty prędzej się przywiązują do miejsca, niż do człowieka. Nie mówiąc o tym, że ze zwierzaka w gospodzie Dona nie byłaby zadowolona. W końcu, taki zwierzak brudzi. A taki zwierzak, wychłodzony i wygłodzony, na wczesnym etapie wymaga specjalistycznej opieki, której ja mu nie jestem w stanie dać. Nie wiem nic o opiece nad zwierzakiem. Nigdy nie miałem zwierzaka. Co prawda, bardzo bym chciał, ale mój tryb życia mi na to nie pozwala.
– Różyczko, wiesz, że nie możemy go przygarnąć, prawda? – zacząłem spokojnie, na razie nie odsuwając od siebie kota. Nie byłem za przygarnięciem go, ale też nie miałem serca go odsuwać od ciepła ciała. Właśnie tego w tej chwili potrzebuje najbardziej.
– Właśnie, że możemy. Będę się nim opiekować. Karmić. Bawić. Sprzątać. I wszystko to, co trzeba robić z kociakiem – odpowiedział wręcz proszącym tonem. Zacząłem odnosić wrażenie, że rozmawiam z małolatem, nie ze stupięćdziesięcioletnim wampirem, postrachem niegrzecznych dzieciaków od kołyski. A jak przyjdzie co do czego, to pewnie i tak obowiązki spadną na mnie.
Westchnąłem cicho i przyjrzałem się kociakowi z bliska. Jego stan nie był najlepszy, był o włos od śmierci i szczerze, nie mam pojęcia, czy dożyje poranka. Teraz raczej nic nie możemy z nim zrobić, poza powolnym rozgrzewaniem go, podaniem mu niewielkiej ilości jedzenia... oj, będzie ciężko.
– Jest wyziębiony, wychudzony, odwodniony i zarobaczony. Może nie przeżyje do rana – odpowiedziałem cicho, zerkając na niego z uwagą.
– A jakiś lekarz? Są lekarze dla zwierzaków? – pytał, bardzo przejęty losem zwierzaka.
– Są, ale w tej chwili raczej nie przyjmują – wyjaśniłem spokojnie.
– To... to zróbmy wszystko, by przeżył, i rano go weźmiemy do tego lekarza. I jak przeżyje, to znaczy, że ma zostać z nami – stwierdził hardo, na co westchnąłem cicho. Się uparł. Ale też nie mam serca go wywalać na ten mroźny dwór. Na razie nawet nie wiemy, czy rano otworzy oczka... no cóż, spróbujmy.
– Dona będzie zachwycona – mruknąłem pod nosem, już w głowie układając sobie rozmowę z kobietą, w razie gdyby kociak przeżył. – Podasz mi ręcznik, proszę? Trzeba go powoli wytrzeć – poprosiłem, siadając z nim na łóżku. Właśnie, z nim... a może to ona? Chociaż, miałem nadzieję, że nie. Co chwila będzie mieć kociaki.
Serathion posłusznie podał mi ręcznik, wpatrując się w kociaka jak oczarowany. Delikatnie osuszyłem jego sierść, przy okazji ją badając. Pomiędzy moimi palcami przemknęło trochę robaków, więc bez kąpieli się nie obejdzie. Ale to zdecydowanie później. Najpierw trzeba go stopniowo wygrzewać. I jak już przestanie się tak trząść, coś mu podać do jedzenia... ale co? Mięso? Jest na tyle duży, by jeść mięso? Cóż, nie będzie miał wyjścia. My to się nie nadajemy do opieki nad takim kruchym stworzeniem.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz