Czy on w tej chwili był naprawdę groźny?
A może raczej powinienem zapytać, czy w ogóle wyglądał na groźnego?
Zdecydowanie nie. Wręcz przeciwnie, wyglądał absurdalnie wręcz uroczo. Bo czy groźny demon pozwoliłby kociakowi spać na swoich kolanach, nie poruszając się nawet o centymetr tylko dlatego, że bał się go obudzić? Czy ktokolwiek, kto chce uchodzić za niebezpiecznego, zniósłby zdrętwiałe nogi i niewygodę tylko po to, by małe futrzaste stworzenie nie uciekło? Nie.
To było po prostu… urocze. I cokolwiek by powiedział, jakkolwiek próbowałby mnie przekonać do swojej rzekomej grozy, i tak nie zmieniłoby to mojego zdania.
- Przepraszam cię, skarbie - Odezwałem się w końcu ciszej, z wyraźnym rozczuleniem w głosie. - Ale naprawdę wyglądasz teraz prześlicznie. I uwierz mi, nic, absolutnie nic, co powiesz, nie zmieni mojego zdania. - Uniósł na mnie wzrok, a ja tylko uśmiechnąłem się szerzej. - Bo jaki groźny demon, jak sam siebie nazywasz, pozwoliłby zwykłemu kociakowi spać na swoich kolanach i martwił się, że ten mógłby uciec? Myślę, że mało który by się na to zgodził. Jeśli w ogóle jakikolwiek. - Pochyliłem się bliżej. - Więc masz wybór - Dodałem miękko. - Albo jesteś demonem wyjątkowym… albo po prostu bardzo uroczym. Sam możesz zdecydować, co wolisz. - Uśmiechnąłem się, zanim delikatnie pocałowałem go w policzek, wciąż rozczulony tym, jak niesamowity i kochany potrafi być, mimo całej tej maski, którą codziennie z takim uporem na siebie nakłada. - Chociaż pamiętaj - Mruknąłem na koniec. - Niezależnie od wyboru… wszystko i tak kończy się tak samo. - Stwierdziłem, gładząc kociaka, podziwiając to jak świetnie ukrywa się pod maską zimnego i jak sam twierdzi groźnego demona.
Sorey westchnął cicho, niemal niesłyszalnie, ale nic nie powiedział. Nie poruszył się ani trochę, jakby bał się, że najmniejszy ruch mógłby zburzyć ten kruchy spokój. Pozwolił kociakowi wygodnie rozsiąść się na swoich nogach i po prostu czekał, cierpliwie, bez pośpiechu. Tak długo, jak będzie trzeba.
A kociak najwyraźniej nie miał żadnych planów, by się ruszyć. Zwinięty w miękki kłębek, oddychał miarowo, zupełnie nieprzejęty światem. I w sumie dobrze, skoro mój mąż nie zamierzał wstawać, a kot był w tej chwili najważniejszy. Spał na jego kolanach, bezpieczny i spokojny, jakby właśnie tam było jego miejsce.
Więc okej.
Niech siedzi. Niech czeka. Kot zejdzie, kiedy sam uzna to za stosowne.
- Szkoda tylko, że niedługo odejdą… - Powiedziałem w końcu cicho, opierając głowę o jego ramię. - Muffinka już od jakiegoś czasu nie wraca do domu. Boję się, że może już jej z nami nie być i niestety już nie wróci. - Zawahałem się na chwilę. - Dobrze chociaż, że dzieci nie są aż tak silnie z nimi związane. Dzięki temu… może nie będą aż tak bardzo cierpiały. W sumie to nawet teraz nie wiem czy zauważyły, że jednego kota już nam brakuje - Westchnąłem cicho, patrząc na Wąsika który mruczał przyjemnie, wygodnie poprawiając się na kolanach mojego męża.
- Każdego kiedyś żywot się zakończy - Zauważył, i miał rację, a jednak to wciąż bolesne, kochałem te kociaki mimo, że tak naprawdę nigdy ich nie chciałem
- Wiem, wiem, a mimo to trochę to przykre - Stwierdziłem, nie odrywając wzroku od starszego już kota.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz