wtorek, 20 stycznia 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Trochę nie rozumiałem, co ta za różnica, jaką rybę wybiorę. W końcu, ryba to ryba. A jeżeli chce jakąś konkretną, zawsze mi napisać na kartce, co takiego chce, i podszedłbym do jakieś sprzedawcy i mu to pokazał. Co w tym trudnego? No ale jeżeli tak bardzo chce, to ja z nim pójdę. Tak dla pewności. Samego go jeszcze nie lubiłem puszczać, wolałem go obserwować, nawet z daleko, ale żebym gdzieś tak był w miarę blisko, by w razie czego móc zareagować. Budzi w ludziach naprawdę wiele emocji. I tych dobrych, i tych niekoniecznie pozytywnych. Nie chcę ryzykować. Nie z jego potulnym charakterem. Mikleo jest zdecydowanie za dobry na ten świat. Za kochany. Zbyt łatwowierny. Jak ja mam go tak samego puścić do tych wszystkich grzeszników...? To jest jak proszenie się o kłopoty. 
- Może jeszcze przy okazji kupimy ci coś ładnego na wigilię – zaproponował po chwili, uśmiechając się do mnie ładnie. - Tego też mi nie odpuścisz, co? - cicho westchnąłem. Trochę nie rozumiałem, po co mi takie odświętne ubrania. Gdzie ja je założę, jak ja na święta nie chodzę żadne? No, poza tymi, no ale to na ich wyjątkową prośbę. Niech się za bardzo nie przyzwyczajają, nie nadaję się zdecydowanie do takich rzeczy. Teraz najważniejsze, bym tego nie zepsuł... miałem prosty plan, siedzieć cicho i po prostu być. I pomagać Mikleo w noszeniu rzeczy. Im mniej czasu z moimi dziećmi, tym lepiej dla nich, i ich świętości. Nie chciałbym im odebrać przyszłości przez to, kim jestem. Wystarczy, że Miki przeze mnie cierpi. 
- Po prostu chcę, byśmy wszyscy razem ładnie wyglądali w tym dniu. Ja coś ładnego ubiorę, dzieciaki na pewno też się postarają... i co, ty masz być jedynym? I jak mi odpowiesz, że to ci w niczym nie pomoże, to ja już zadbam o to, byś wyglądał lepiej. Zajmę się tobą – obiecał, nie spuszczając ze mnie wzroku. Oczywiście, że tak... jak on się na coś uprze, to nie ma przebacz. 
- To się okaże. Może jeszcze być tak, że nie będzie dla takiej koszuli. Trochę taki rosły chłop jestem – powiedziałem, sięgając po koc. Okropnie zmarzłem. Gdybym mógł, to bym chyba wszedł do tego kominka i tam został. To byłoby ekstremalnie głupie, bo taki ogień, zwykły, może mi krzywdę wyrządzić, jeżeli nie będę odpowiednio skupiony. 
- Nie martw się, dla mojego rosłego chłopa na pewno coś znajdę – obiecał, gładząc swoją chłodną dłonią mój policzek. - Przygotować ci coś ciepłego do picia? - zaproponował, jak zwykle zbyt zmartwiony moją osobą. Jak zawsze. To się w nim chyba nigdy nie zmieni. 
- Nie trzeba. Chwilę pod kocem posiedzę i mi przejdzie. Zresztą, jak już nie raz ci powtarzałem, nic złego mi się nie dzieje. Jestem po prostu zbyt przyzwyczajony do ciepła, i to są teraz tego skutki – odpowiedziałem, tuląc go do siebie. Zdecydowanie to wszystko, czego w tej chwili potrzebowałem. Ciepła, i jego u boku. 

<Owieczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz