Spojrzałem na mojego męża i od razu dostrzegłem niezadowolenie malujące się na jego twarzy. Nie musiał nic mówić, znałem ten wyraz aż za dobrze. Na dworze było zimno, a on nigdy nie przepadał za chłodem. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że może lepiej byłoby, gdybym poszedł na zakupy sam.
Tylko czy ja naprawdę dałbym sobie radę? Lista była długa, a sił… cóż, tych miałem dziś aż nadmiar. Niestety mimo to, nawet gdybym jednak zaproponował, że wyjdę sam, wiedziałem, jak to się skończy. Nigdy by się nie zgodził. W jego oczach świat był pełen zagrożeń, każdy czyhał, by mnie skrzywdzić, wykorzystać moją ufność i słabość. I choć czasem mnie to męczyło, wiedziałem, że wynikało z troski.
- Jeśli masz siłę i jesteś w stanie wyjść na dwór mimo tego zimna, to… możemy iść już teraz - Odezwałem się w końcu, podchodząc bliżej, by uchwycić jego ciepłą dłoń. Ten prosty gest zawsze dodawał mi otuchy.
Spojrzał na mnie uważnie, jakby chciał upewnić się, że naprawdę nic mi nie dolega.
- Dla ciebie, owieczko, jestem w stanie zrobić wszystko - Powiedział cicho. - Nawet wyjść na ten przeklęcie zimny dwór. Nie puszczę cię tam samego. Wolę mieć pewność, że wrócisz cały, zdrowy i bezpieczny. - Zanim zdążyłem odpowiedzieć, pociągnął mnie delikatnie za sobą w stronę drzwi prowadzących na podwórko. Chłód uderzył w nas niemal natychmiast. Zauważyłem, jak jego twarz napina się, a mięśnie twardnieją pod wpływem zimna. Grymas niezadowolenia przemknął przez jego rysy, próbował go ukryć, ale znałem go zbyt dobrze, by dać się zwieść.
- Jesteś pewien, że chcesz iść na te zakupy? - Zapytałem ostrożnie. - Możemy wrócić do domu i pójść jutro. Naprawdę, nic się nie stanie, jeśli poczekamy. - Zatrzymał się na moment, po czym westchnął cicho i pochylił się, by złożyć pocałunek na moim policzku.
- Obawiam się, owieczko, że jutro będzie dokładnie tak samo zimno jak dziś - Odparł z lekkim rozbawieniem. - Więc nie ma większego znaczenia, czy pójdziemy teraz, czy później. A im szybciej to załatwimy, tym szybciej będę miał święty spokój. - Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu.
Psotka biegała wokół nas, merdając ogonem i ciesząc się na samą myśl o spacerze. Jej energia była zaraźliwa. Spokojnym krokiem ruszyliśmy w stronę miasta, ja z listą zakupów w kieszeni, on czujny i skupiony, jakby wyprawa do miasta była misją najwyższej wagi.
I choć było zimno, a powietrze szczypało w policzki, czułem się bezpieczny, dokładnie tam, gdzie powinienem być.
Na zakupach spędziliśmy więcej czasu, niż początkowo zakładałem. Lista była długa, a torby z każdą kolejną chwilą zdawały się coraz cięższe. Mój mąż, jak zwykle, uparcie chciał dźwigać wszystko sam, jakby był jedyną osobą zdolną unieść ten ciężar. Nie pozwoliłem mu na to.
Przecież nie byłem z porcelany. Tak samo jak on miałem ręce, nogi i zdrowy kręgosłup. Nie byłem chory, nie byłem słaby. Mogłem nieść zakupy. Mogłem pomóc. On naprawdę nie musiał robić wszystkiego sam, choć wiedziałem, że w jego głowie troska często wygrywała z rozsądkiem.
Torby cicho szurały o ziemię, gdy zatrzymaliśmy się przy jednym z wieszaków. Podniosłem głowę i zerknąłem na niego. Stał nieruchomo, zapatrzony w jedną z ładniejszych sukienek wiszących na wieszaku. Materiał był miękki, jasny, a krój delikatny, całkiem ładna.
- Chyba mamy już wszystko - Mruknąłem pod nosem, obserwując go z uwagą.
Nie zareagował od razu, co przyznam lekko mnie rozbawiło - Możemy już iść? - Zapytałem, sprowadzając go tymi słowami na ziemię.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz