Szczerze mówiąc, gdy tylko poczuję się choć odrobinę lepiej, z przyjemnością ruszę z nim na zakupy. Obiecałem, że pomogę mu wybrać prezenty, tak jak mnie o to poprosił, potrzebuję jedynie kilku chwil, by złapać oddech, zebrać myśli i uspokoić puls.
To, co wydarzyło się między nami, było naprawdę bardzo przyjemne. Może momentami brutalne, surowe, intensywne, ale właśnie tego chciałem. Sam go do tego zachęcałem, sam prosiłem, sam tego pragnąłem. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego on wciąż czuje się winny temu, co się stało. Przecież było to coś, czego obaj chcieliśmy. Chcę być tak traktowany. Chcę, by bawił się ze mną w ten sposób, który jest zgodny z naszymi pragnieniami i granicami. Powinien zaakceptować moją drobną słabość, pomagać mi z nią, a nie dźwigać później ciężar winy przez całe wieki, jakby popełnił niewybaczalny grzech.
Westchnąłem cicho i na chwilę zamknąłem oczy. Musiałem pomyśleć. O nas. O tym, co robimy. O tym, dokąd to wszystko zmierza. O przyszłości, tej dalszej, już po świętach.
Najbardziej ze wszystkiego pragnąłem dać mu dziecko. Czułem to wyraźnie, niemal instynktownie, on tego potrzebuje. A ja… ja nie mam prawa mu tego odbierać. Widzę, jak bardzo cierpi z powodu rozłąki z naszymi dziećmi. Może to nie do końca tak, że nie mógłby spędzać z nimi czasu, gdyby naprawdę chciał, znalazłby sposób. Ale on się boi. Boi się samego siebie. Boi się, że mógłby im zrobić krzywdę, bo przecież w jego oczach jest złym, podłym demonem, a ja i nasze dzieci jesteśmy kruche, anielskie, zbyt delikatne, by nas dotykać.
Czasami mam wrażenie, że naprawdę przesadza. Wiem, że nigdy by nam nie zaszkodził. A mimo to wciąż będzie sobie wmawiał coś zupełnie innego.
Muszę z nim porozmawiać. Naprawdę, szczerze, bez uciekania w półsłówka. Muszę przekonać go do wspólnego dziecka. Wiem, że byłby z tego powodu szczęśliwy, a ja również. Sama możliwość podarowania mu dziecka napełnia mnie ciepłem i spokojem, jakiego dawno nie czułem.
Myśląc o tym, co tak naprawdę jestem w stanie mu dać, powoli otworzyłem oczy. W tej samej chwili moją uwagę przyciągnął cichy dźwięk otwieranych drzwi.
- Pościel już zmieniłem. Na szczęście twoja krew nie przesiąkła do materaca - Stwierdził z wyraźną ulgą w głosie, jakby ten drobny fakt miał dla niego ogromne znaczenie. - A ty? Jak się czujesz? Mam nadzieję, że chociaż trochę lepiej - Dodał po chwili, podchodząc bliżej.
Pochylił się nade mną i złożył delikatny, niemal nieśmiały pocałunek na moim czole. Ten prosty gest przyniósł mi więcej ukojenia, niż przyznałem.
- Tak… czuję się znacznie lepiej - Odpowiedziałem spokojnie. - Zaraz wyjdę, daj mi jeszcze pięć minut - Poprosiłem, unosząc kąciki ust w najpiękniejszym uśmiechu, na jaki tylko było mnie w tej chwili stać.
- Nie śpiesz się, skarbie. Odpocznij - Zasłużyłeś na to. Dziś naprawdę wiele zniosłeś. I chociaż wiem, że nie powinienem był zachować się tak, jak się zachowałem… cieszę się, że nie skrzywdziłem cię bardziej. Chociaż było blisko - Przyznał cicho.
Znów to robił. Obwiniał się zupełnie niepotrzebnie. Gdyby sam tego nie chciał, nigdy by mnie nie dotknął, obaj doskonale o tym wiedzieliśmy.
- Oj, weź już przestań - Westchnąłem z lekkim uśmiechem. - Naprawdę, daruj sobie. Nie mam do ciebie żadnych pretensji. Sam chciałem, żebyś dał się ponieść. Podobało mi się to, co poczułem… to, jak mnie potraktowałeś. I może jestem trochę stuknięty, ale lubię cię właśnie takiego. Moje ciało też to lubi - Dodałem ciszej. - Po co więc obwiniać się o coś, za co ja sam cię nie obwiniam? - Podniosłem się z balii, pozwalając, by woda spłynęła po mojej skórze, sięgając po ręcznik, by ją osuszyć. Czułem jeszcze przyjemne zmęczenie w mięśniach, ale też dziwny spokój.
- Upniesz mi włosy, zanim wyjdziemy? - Zapytałem, odwracając się do niego. - Trochę przeszkadzają, gdy są takie napuszone i roztrzepane - Dodałem, zakładając powoli na siebie ubrania, jeden element po drugim.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz