Tak jak podejrzewałem, większość rzeczy związanych z kociakiem ja będę musiał robić. Wiedziałem to w chwili, w której to przyniósł go do pokoju i stwierdził, że go nie odda. Zawsze jest tak, że ta osoba, która chce zwierzaka, robi tylko te przyjemne obowiązki. A jak trzeba robić całą resztę... cóż, dobrze, że ma mnie, bo inaczej nie wiem, jak wyglądałby ten pokój. Serathion ma szczęście, że mam do niego słabość. Gdyby nie to, żadnego kota by tu nie było. Albo dosłownie zostawiłbym go z tym wszystkim samego. Nie mam jednak serca z kamienia, żal mi takich istotek. Miały być kochane, a zostały porzucone, pozostawione na pastwę losu w warunkach, w których na pewno sobie nie poradzą. I chociaż Dona ma rację, całego świata nie zbawię, ale mogę chociaż zbawić świat tej małej istotki.
W końcu wyprałem wszystko co, co do wyprania było. Przeniosłem to wszystko do miski i chwyciłem ją w swoje dłonie, by zanieść ją na dół, by rozwiesić. Jeszcze chwila, i będę mógł w końcu trochę dychnąć. Z jednej strony trochę byłem przygotowany na ten poranek, że będzie bardziej wymagający, ale i tak już byłem zmęczony. Normalnie o tej porze zazwyczaj albo się budziłem, albo już byłem po pierwszym stosunku.
- Koniec – odpowiedziałem zadowolony, padając w końcu na łóżko. Przymknąłem oczy i zaraz poczułem, jak coś wdrapuje się na moją klatkę piersiową. - Byłeś grzeczny? - spytałem, otwierając oczy i patrząc na tego małego, czarnego diabła.
- Bardzo grzeczny. Zrozumiał, co mu przyniosłeś – odezwał się drugi czarny diabeł, zajmując miejsce przy moim boku. - Chyba troszkę zmarzł.
- Napoiłeś go? - zapytałem, jedną ręką obejmując Serathiona, a drugą delikatnie zaczynając gładzić to drobne kocie.
- Troszeczkę. Nie chciałem go męczyć – odpowiedział. Troszeczkę... Delikatnie pogładziłem jego nosek, który chyba był już tak odrobinkę bardziej wilgotny. Może więc na ten moment i ja mu powinienem odpuścić.
- Masz szczęście. Nie będę cię jeszcze męczył – powiedziałem do kota, drapiąc go pod bródką. - Nie chce mi się już nic - mruknąłem, kładąc głowę na poduszkę.
- Starzejesz się, mój drogi – odpowiedział rozbawiony Serathion, tuląc się do mojego boku. - Ale nie martw się, już możesz odpocząć.
- Przynajmniej na razie – cicho westchnąłem, przytulając kota do swojej piersi. Od razu rozległo się przyjemne mruczenie, ale bardzo cichutkie. Tyle dobrego, nie będzie mi to jakoś bardzo przeszkadzać. - Jeszcze ciebie muszę nakarmić – to zdanie skierowałem do mojej Różyczki, przenosząc wzrok na niego.
- Ja tam nic nie potrzebuję – stwierdził, ale ja już swoje wiedziałem. Oczywiście, że potrzebował.
- Muszę cię traktować jak tego koteczka. Dawać jedzenia trochę, ale często, byś w końcu odzyskał pełnię swoich sił – odparłem, składając na jego skroni delikatny pocałunek.
W końcu wyprałem wszystko co, co do wyprania było. Przeniosłem to wszystko do miski i chwyciłem ją w swoje dłonie, by zanieść ją na dół, by rozwiesić. Jeszcze chwila, i będę mógł w końcu trochę dychnąć. Z jednej strony trochę byłem przygotowany na ten poranek, że będzie bardziej wymagający, ale i tak już byłem zmęczony. Normalnie o tej porze zazwyczaj albo się budziłem, albo już byłem po pierwszym stosunku.
- Koniec – odpowiedziałem zadowolony, padając w końcu na łóżko. Przymknąłem oczy i zaraz poczułem, jak coś wdrapuje się na moją klatkę piersiową. - Byłeś grzeczny? - spytałem, otwierając oczy i patrząc na tego małego, czarnego diabła.
- Bardzo grzeczny. Zrozumiał, co mu przyniosłeś – odezwał się drugi czarny diabeł, zajmując miejsce przy moim boku. - Chyba troszkę zmarzł.
- Napoiłeś go? - zapytałem, jedną ręką obejmując Serathiona, a drugą delikatnie zaczynając gładzić to drobne kocie.
- Troszeczkę. Nie chciałem go męczyć – odpowiedział. Troszeczkę... Delikatnie pogładziłem jego nosek, który chyba był już tak odrobinkę bardziej wilgotny. Może więc na ten moment i ja mu powinienem odpuścić.
- Masz szczęście. Nie będę cię jeszcze męczył – powiedziałem do kota, drapiąc go pod bródką. - Nie chce mi się już nic - mruknąłem, kładąc głowę na poduszkę.
- Starzejesz się, mój drogi – odpowiedział rozbawiony Serathion, tuląc się do mojego boku. - Ale nie martw się, już możesz odpocząć.
- Przynajmniej na razie – cicho westchnąłem, przytulając kota do swojej piersi. Od razu rozległo się przyjemne mruczenie, ale bardzo cichutkie. Tyle dobrego, nie będzie mi to jakoś bardzo przeszkadzać. - Jeszcze ciebie muszę nakarmić – to zdanie skierowałem do mojej Różyczki, przenosząc wzrok na niego.
- Ja tam nic nie potrzebuję – stwierdził, ale ja już swoje wiedziałem. Oczywiście, że potrzebował.
- Muszę cię traktować jak tego koteczka. Dawać jedzenia trochę, ale często, byś w końcu odzyskał pełnię swoich sił – odparłem, składając na jego skroni delikatny pocałunek.
<Różyczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz