Słysząc pytanie męża, zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy ja tak właściwie chcę oddać mu moją obrączkę, która miała dla mnie duże znaczenie, nosiłem ją na palcu wiele lat i teraz nagle mam ją tak po prostu oddać? Chyba tego nie pojmuję.
- Nie chce - Przyznałem zgodnie z prawdą, nie mając ochoty ani zamiaru oddawać mojej obrączki, bo i po co? To on potrzebuje nowej obrączki nie ja.
- Dlaczego? Tą, którą ci kupię, będzie dużo lepsza od tej - Stwierdził, chwytając moją dłoń, na której miałem obrączkę.
- Ale ta ma dla mnie duże znaczenie - Przyznałem, zgodnie z własnym sumienie..
- Rozumiem, ale tak sobie myślę, że chyba lepiej by było, abyśmy oboje mieli tę samą obrączkę, czyż nie? - W sumie miałem rację, gdy kupi nową obrączkę moją i jego nie będzie już taka sama, a to nie do końca mi odpowiadało, dlatego chyba nie mam wyjścia jak tylko oddać mu obrączkę, aby mógł zakupić nam nowe obrączki.
- No dobrze, niech ci już będzie, obyś tylko wybrał coś ładnego - Zgodziłem się, w końcu zdejmując obrączkę z palca, którą mu podałem, rozciągając się w łóżku zmęczony całym tym dniem. - A teraz już proszę, idźmy spać, jestem zmęczony - Dodałem, przecierając dłonią zmęczone oczy, wtulając się w jego ciało, pragnąc już tylko pójść spać.
- Oczywiście owieczko co tylko zapragniesz - Wyszeptał, przytulając się do mnie, całując w czoło. - Dobranoc owieczko - Wyszeptał, nakrywając porządniej kołdrą.
- Dobranoc - Odpowiedziałem, powoli odpływając do snów.
Rano, gdy się obudziłem, mój mąż spał na swojej połowie łóżka a wraz z nim nasze dwa koty, które również zajmowały połowę łóżka części mojego męża.
Przyglądając się mojemu mężowi, uśmiech sam pojawiał się na moich ustach, to mój najukochańszy mężczyzna na całym świecie i nikt ani nic tego nie zmieni.
Słysząc w tym samym czasie płacz dzieci, wstałem z łóżka, nie budząc Soreya, idąc do maluchów, które ucieszyły się na mój widok tak jak i ja na ich widok.
- Dzień dobry maluchy - Przywitałem się z maluchami, które wziąłem na ręce, całując każde osobno w czoła, zabrałem do tatusia, którego obudziły swoim śmiechem..
- A któż to do mnie przywędrował - Sorey przywitał się z maluchami, tuląc je do siebie z uśmiechem na swoich ustach. - Dzień dobry owieczko - Tym razem zwrócił się do mnie, ciepło przy tym uśmiechając.
- Dzień dobry, popilnujesz je? Zrobię im śniadanie - Poprosiłem, chcąc go troszeczkę wykorzystać nim pojęcie do weterynarza po leki dla zwierzaków.
- Oczywiście - Zgodził się, a ja bez gadania ucałowałem jego usta, wychodząc z naszej sypialni, robiąc to, o czym go wcześniej poinformowałem.
Na śniadanie zrobiłem oczywiście kaszkę, bo to ona była smaczna i zdrowa a do tego dzieci ją lubiłby, a więc nie było powodu, aby im jej nie zrobić.
Śniadanie przygotowane zabrałem do sypialni, gdzie razem z mężem nakarmiliśmy dzieci, które jak zwykle więcej się bawiły, niż jadły, ale i to się w końcu udało zrobić, dzieci nakarmione musiały zostać przebrane z brudnych ubrań, które oczywiście same ubrudziły, dopiero wtedy mogąc się bawić, znów nami nie przejmując.
- Potrzebujesz czegoś? Mogę coś kupić na mieście - Sorey gotowy do wyjścia odezwał się do mnie, zwracając moją uwagę.
- Nie, niczego chyba nie potrzebujemy, albo nie, kup coś dla zwierząt teraz mamy ich więcej i przyda nam się więcej pokarmu - Odparłem, przypominając sobie ten drobny, ale dosyć istotny fakt.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz