czwartek, 14 września 2023

Od Mikleo CD Soreya

 Słysząc pytanie męża, zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy ja tak właściwie chcę oddać mu moją obrączkę, która miała dla mnie duże znaczenie, nosiłem ją na palcu wiele lat i teraz nagle mam ją tak po prostu oddać? Chyba tego nie pojmuję.
- Nie chce - Przyznałem zgodnie z prawdą, nie mając ochoty ani zamiaru oddawać mojej obrączki, bo i po co? To on potrzebuje nowej obrączki nie ja.
- Dlaczego? Tą, którą ci kupię, będzie dużo lepsza od tej - Stwierdził, chwytając moją dłoń, na której miałem obrączkę.
- Ale ta ma dla mnie duże znaczenie - Przyznałem, zgodnie z własnym sumienie..
- Rozumiem, ale tak sobie myślę, że chyba lepiej by było, abyśmy oboje mieli tę samą obrączkę, czyż nie? - W sumie miałem rację, gdy kupi nową obrączkę moją i jego nie będzie już taka sama, a to nie do końca mi odpowiadało, dlatego chyba nie mam wyjścia jak tylko oddać mu obrączkę, aby mógł zakupić nam nowe obrączki.
- No dobrze, niech ci już będzie, obyś tylko wybrał coś ładnego - Zgodziłem się, w końcu zdejmując obrączkę z palca, którą mu podałem, rozciągając się w łóżku zmęczony całym tym dniem. - A teraz już proszę, idźmy spać, jestem zmęczony - Dodałem, przecierając dłonią zmęczone oczy, wtulając się w jego ciało, pragnąc już tylko pójść spać.
- Oczywiście owieczko co tylko zapragniesz - Wyszeptał, przytulając się do mnie, całując w czoło. - Dobranoc owieczko - Wyszeptał, nakrywając porządniej kołdrą.
- Dobranoc - Odpowiedziałem, powoli odpływając do snów.

Rano, gdy się obudziłem, mój mąż spał na swojej połowie łóżka a wraz z nim nasze dwa koty, które również zajmowały połowę łóżka części mojego męża.
Przyglądając się mojemu mężowi, uśmiech sam pojawiał się na moich ustach, to mój najukochańszy mężczyzna na całym świecie i nikt ani nic tego nie zmieni.
Słysząc w tym samym czasie płacz dzieci, wstałem z łóżka, nie budząc Soreya, idąc do maluchów, które ucieszyły się na mój widok tak jak i ja na ich widok.
- Dzień dobry maluchy - Przywitałem się z maluchami, które wziąłem na ręce, całując każde osobno w czoła, zabrałem do tatusia, którego obudziły swoim śmiechem..
- A któż to do mnie przywędrował - Sorey przywitał się z maluchami, tuląc je do siebie z uśmiechem na swoich ustach. - Dzień dobry owieczko - Tym razem zwrócił się do mnie, ciepło przy tym uśmiechając.
- Dzień dobry, popilnujesz je? Zrobię im śniadanie - Poprosiłem, chcąc go troszeczkę wykorzystać nim pojęcie do weterynarza po leki dla zwierzaków.
- Oczywiście - Zgodził się, a ja bez gadania ucałowałem jego usta, wychodząc z naszej sypialni, robiąc to, o czym go wcześniej poinformowałem.
Na śniadanie zrobiłem oczywiście kaszkę, bo to ona była smaczna i zdrowa a do tego dzieci ją lubiłby, a więc nie było powodu, aby im jej nie zrobić.
Śniadanie przygotowane zabrałem do sypialni, gdzie razem z mężem nakarmiliśmy dzieci, które jak zwykle więcej się bawiły, niż jadły, ale i to się w końcu udało zrobić, dzieci nakarmione musiały zostać przebrane z brudnych ubrań, które oczywiście same ubrudziły, dopiero wtedy mogąc się bawić, znów nami nie przejmując.
- Potrzebujesz czegoś? Mogę coś kupić na mieście - Sorey gotowy do wyjścia odezwał się do mnie, zwracając moją uwagę.
- Nie, niczego chyba nie potrzebujemy, albo nie, kup coś dla zwierząt teraz mamy ich więcej i przyda nam się więcej pokarmu - Odparłem, przypominając sobie ten drobny, ale dosyć istotny fakt.

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz