czwartek, 14 września 2023

Od Soreya CD Mikleo

 Kiwnąłem głową na jego słowa, wszystko sobie po kolei układając w głowie. Więc teraz poszedłbym z naszymi nowymi maluchami do weterynarza, po drodze do domu wezmę zwierzakom karmę, wrócę, podam wszystkim tabletkę, pójdę do pracy, po pracy do jubilera... O, i bym jeszcze zapomniał. Wyjąłem z kieszeni obrączkę Mikleo i zawiesiłem ją na rzemyku, który przygotowałem specjalnie na to już rano. Bałem się, że ją gdzieś zgubię w kieszeni czy coś, a tak jak sobie ją zawieszę tymczasowo na szyi nie ma bata, bym ją zgubił. Chyba, że zacznę robić fikołki, no a na to jest raczej nikła szansa. W końcu, po co miałbym robić fikołki? Nawet nie wiem, czy je potrafię. 
– Zrozumiano, postaram się szybko wrócić – obiecałem, po czym podszedłem do męża i ucałowałem go w usta, tak na pożegnanie. 
– Tylko nic sobie po drodze nie zrób – poprosił, na co zmarszczyłem brwi. 
– A to ja kiedyś coś sobie po drodze zrobiłem? – spytałem, starając sobie przypomnieć, czy sytuacja taka miała miejsce, no ale moja pamięć wspaniała nie jesf i nic takiego w niej nie znalazłem. 
– Tak się tylko chcę upewnić, bo wiem, że jesteś aniołem wielu talentów – wyjaśnił, a ja delikatnie oburzony na te słowa wydąłem poliki. Ja wiem, że taki jestem, ale nie musi mi tego w tak okrutny sposób przypominać. – No już, bierz kociaki i leć. Nie chciałbym mieć robaków w domu – poprosił, popychając mnie lekko w stronę kociąt, które spały na legowisku wraz z Luckym. A to akurat dziwne, że pies przygarnął koty. Czy to nie bardziej suczka miałaby takie matczyne ciągoty? Ja tam się na psach nie znam, ale zawsze mi się wydawało, że to samice bardziej ciągnie do młodych różnego gatunku. 
Ubrałem płaszcz, buty i dopiero wtedy wziąłem na ręce nasze jeszcze leciutkie i trochę przerażone maleństwa, które na szczęście niezbyt oponowało przed noszeniem na rękach. I bardzo dobrze, bo nie miałem za wielkiej ochoty bawić się z ganianiem ich. Lucky, ku mojemu nie zaskoczeniu, udał się za mną, nie mogąc opuścić maleństw. Ale się do nich przywiązał... Ciekawe, gdzie je znaleźć musiał, bo pewnie to on je przyniósł do budy. I gdzie jest matka tych kociąt. Chociaż, tak po dłuższym zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że gdyby żyła, raczej nie pozwoliła by takiemu psu jak on podejść do maleństw. To chyba jednak dobrze, że je znalazł. 
Wizyta u weterynarza przebiegła dosyć krótko. Maleństwa zostały dokładnie przebadane i nie stwierdzono u nich żadnych urazów poza tym, że są stanowczo za chude. Dostały także tabletki i jakieś zastrzyki, a dzięki temu, że Lucky przyszedł ze mną, także został odrobaczony. Chociaż tyle dobrego, że będę miał troszkę mniej pracy. 
Tak jak obiecałem Mikleo, w drodze powrotnej wziąłem trochę karmy, by nasze zwierzaki miały co jeść. Musiałem wziąć ją pod pachę, bo nie miałem za bardzo jak inaczej jej wziąć, i miałem mały problem z tym, by ją donieść do domu, no ale mi się udało i tylko do się liczyło. Położyłem kotki na posłaniu, gdzie od razu też położył się Lucky, postawiłem karmę na podłodze i od razu zabrałem się za podawanie tabletek kotkom, które tak niezbyt przepadały za nowymi członkami naszej rodziny. Jak wrócę, muszę się za to zabrać i je powoli do siebie przekonywać, nie chciałbym, żeby się kłóciły. 
– Zwierzaki odrobaczone, lecę do pracy, wziąć coś w drodze powrotnej? – zapytałem, podchodząc jeszcze raz do męża. W końcu, coś mu się może przypomniało do tego czasu... 
– Nie, wszystko jest – stwierdził, próbując nakarmić dzieci, które tak średnio chciały jeść, a bardziej się bawić. 
– Wrócę więc szybko, i z ładnymi obrączkami, chcesz jakiś specjalny metal? – dopytałem, zdając sobie sprawę, że jeszcze go o to nie pytałem, a przecież to znaczenie ma. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz