Mój uśmiech, który pojawił się na ustach od razu po jego słowach, był bardzo słaby, ale szczery, gdyby nie to, że mam go przy sobie jestem pewien, że bym sobie nie poradził, już teraz, zamiast trzeźwo myśleć, trzęsę się, że strachu nie wiedząc co zrobić, wiem przecież, że muszę odnaleźć moje dzieci i chce to uczynić jednak teraz gdy doszło do porwania przez dziadka, ja panikuję, nie wiedząc jak się zachować.
- Ufam ci i wiem, że nie zawiedziesz - Wyszeptałem, starając się już nie płakać, wystarczy łez na dziś, muszę się wsiąść w garść i to jak najszybciej.
Sorey kiwnął delikatnie głową, całując mnie w czoło, wychodząc z domu, pozostawiając mnie samego z naszymi zwierzakami.
- Lucky dzięki Bogu nic ci nie jest - Odezwałem się z ulgą, przyglądając do siebie psa, który krótko po wyjściu swojego pana otworzył oczy, wstając z legowiska.
Odczuwając ulgę, przynajmniej z powodu psiaka sprawdziłem, jak się czuje, robiąc w końcu to, o co poprosił mnie mój mąż, karmiąc nasze zwierzaki, już nie mogąc doczekać się powrotu Soreya.
Chciałem już zobaczyć dzieci, chciałem już ruszyć za dziadkiem, im dłużej my zwlekamy, tym bardziej oddalamy się od nas dziadek...
- Wróciłem - Zawołał Sorey, wchodzący do domu powodując szybsze bicie mojego serca. Odczuwając ulgę z powodu jego powrotu, wyszedłem z kuchni, wychodząc mu na spotkanie. - Lucky już się ocknął? - Zapytał, nigdzie nie widzisz naszego psiaka.
- Tak, właśnie je. Rozmawiałem z Lailah? Przypilnuje zwierzaki? Możemy już iść? - Zacząłem pytać, chcąc już wyjść z tego domu.
- Tak, będzie zerkała do zwierząt, nie musimy się o nic martwić, możemy już wyjść, tylko pożegnam się ze zwierzętami - Stwierdził, idąc do zwierzaków, z którymi szybko się pożegnał, ciepło ubierając, aby nie umierać z zimna nocą, podczas której będzie naprawdę bardzo zimno. - Chodźmy - Odezwał się do mnie, dostrzegając torbę, którą założyłem na ramiona. - A tam co masz?
- Zabrałem koce na zimne noce, nie chce, abyś się przeziębił, a i na podróż powrotną przydadzą sia naszym dziecią - Wyjaśniłem, wkładając buty na nogi, wychodząc na dwór, zerkając na męża, który ruszył za mną, dorównując mi kroku, aby chwycić moją dłoń.
- Prowadz - Odezwał się, zdając sobie sprawę z tego, że tylko ja byłem w stanie doprowadzić nas do azylu.
Biorąc głęboki wdech, zamknąłem na chwilę oczy, skupiając się na drodze. Nie mogę przecież zawieść Sorey na mnie liczyć, dzieci czekają, a ja nie mogę się teraz załamać, muszę je odnaleźć..
Nie skupiając się na otoczeniu, kierowałem się przed siebie, znając doskonale drogę do azylu, zapominając trochę o świecie, który może nam zagrozić, tylko dłoń mojego męża sprowadzała mnie na ziemię, gdy ciągnął mnie za rękę.
Zerkając na męża, chciałem już powiedzieć o naszych skrzydłach, którymi moglibyśmy polecieć i pewnie bym to powiedział, gdyby nie deszcz, który jak na złość musiał zacząć padać.
Niepocieszony tym faktem stworzyłem barierę, chroniącą nas przed deszczem trochę zaczynając martwić się o męża, jeszcze tego mi trzeba, aby ten zachowywał i to znów z mojej winy jestem naprawdę beznadziejny.
- Wszystko dobrze? - Zapytałem, zatrzymując się na kilka chwil, aby poprawić jego płaszcz..
<Pasterzyku, c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz