czwartek, 7 września 2023

Od Soreya CD Mikleo

 Mikleo miał rację z tym lataniem. Myślałem nad tym już nawet poprzedniego dnia, ale jakoś nie złożyło się tak, by go o to zapytać, a potem troszkę się zapomniałem, a potem trzeba było spać... I tak w sumie, to spałem niewiele. Głównie czuwałem, bo mój mąż miał te koszmary, więc nim dobrze zdążyłem zasnąć po jednym, Mikleo zaraz miał drugi, no i na to czasu nie miałem za bardzo. Ale odpoczywać już nie mogłem. Dzieci są ważniejsze od mojego odpoczynku, jakoś dam radę choć trochę skrócić dystans poprzez lot. W razie czego, Mikleo nadal może mnie gdzieś tu zostawić, a ja go później jakoś dogonię. Jakoś. Jeszcze nie do końca wiem, jak miałbym to zrobić. Musiałoby chyba wyjść piękne słońce i mnie porządnie wygrzać, nim byłbym w stanie całkiem szybko znaleźć się przy Mikleo. A to już jest taka pora roku, podczas której nie będzie już tak słoneczko pięknie świeciło. Albo jak będzie świecić, to nie na tyle mocno, bym czuł się świetnie. Wtedy bym go doganiał nieco wolniej, ale na pewno jakoś by mi się to udało. A Miki przez ten czas odzyskałby dzieci. Wierzyłem w to, że mój mąż dałby sobie z tym radę, jest silniejszy, niż mu się to wydaje, to tylko ja mu tak zawadzam, no ale on tego tak uparcie nie dostrzega. 
– Dam radę – powiedziałem, uśmiechając się do niego tak promiennie, jak tylko mogłem. Nie chciałem, by moja Owieczka tak się o mnie martwiła. W końcu, mnie nic nie było. Tylko odrobinkę zmęczony byłem, ale to nic takiego. Najważniejsze, że on czuł się lepiej ode mnie, nawet pomimo tych koszmarów, które swoją drogą też mnie martwiły. Szkoda, że nie mogłem mu w żadnym stopniu zapewnić spokoju ducha, jakoś je zabrać i przekierować na siebie. Wolałbym, bym to ja cierpiał, nie on. On nie zasługiwał na cierpienie. 
– Na pewno? Wyglądasz paskudnie – dopytał się, niepewnie mi się przyglądając. Niesamowite, że dopiero teraz to dostrzega. Przecież ja zawsze taki paskudny byłem... Chociaż nie, było ze mną chyba gorzej, bo ludzie już tacy piękni jak aniołowie nie są. Więc skoro teraz paskudny jestem, to jaki musiałem być, kiedy byłem człowiekiem? Chyba nie chciałem wiedzieć. 
– Widziały gały, co brały, a i tak nie powinieneś narzekać, bo chyba byłem już w gorszych stanach – przyznałem, rozciągając leniwie swoje zastygnięte mięśnie, które mnie okropnie bolały. To przez ten chłód? Możliwe, bo nie dość, że w nocy zimno, to jeszcze sobie ognia nie rozpaliłem. A miałem. Zapomniałem o tym, bo Mikleo od razu się do mnie przytulił i zdzielił w łeb, i jakoś tak mi z głowy wyleciało. I dlatego teraz też taki lodowaty byłem... Paskudne uczucie.
– Byłeś w gorszych i niewiele ci do tego brakuje. Na pewno wszystko w porządku? Może powinniśmy zrobić jakiś postój? – zaproponowałem, ale od razu pokręciłem głową, wstając z koca. Ja mam tu sobie robić postoje, a Hana pewnie tam gdzieś umiera z przerażenia. Nie mogę sobie na to pozwolić, on o tym wie i ja o tym wiem.
– Czuję się dobrze, możemy składać koce i lecieć – zaproponowałem, rozkładając skrzydła, by trochę sobie przypomnieć, jak się to robi. Dawno ich nie używałem... Obym tylko jeszcze bardziej go nie spowalniał. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz