czwartek, 7 września 2023

Od Mikleo CD Soreya

 Miałem nadzieję, że Sorey mówił to, co naprawdę czół, a nie to, co chciał, abym usłyszał, bo jeśli zmuszał się do czegoś to dam mu w łeb, bo na to właśnie zasługiwał.
- Jeśli tak uważasz - Zgodziłem się mimo niepewności, składając ładnie koc, a nawet koce, aby móc spakować je do torby, która trochę będzie w tym momencie utrudniała lot, ale to nic, jestem doświadczony w lataniu, zdecydowanie lepiej będzie, jeśli to ja wezmę ją ze sobą, a nie on, obawiam się w końcu, że mogłoby się to źle skończyć dla niego.
- Daj, ja to wezmę - Powiedział, chcąc zabrać ode mnie torbę, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo głupi był to pomysł.
- Nie, lepiej, abym ja sam ją wziął - Nie zgodziłem się na zabieranie torby, rozkładając swoje skrzydła, zerkając ostatni raz na męża, nim wybiłem się w niebo, kątem oka przez cały ten czas obserwując męża, aby mu pomóc w razie, gdyby taka pomóc była mu potrzebna..
Lot przez pierwszą godzinę upłynął nam spokojnie i bez komplikacji które pojawiły się znacznie później. Sorey nie dając sobie już rady, zaczął opadać mi z sił, co dostrzegłem, chwytając go w odpowiedniej chwili, spadając z nim na ziemię, w ostatnim momencie chroniąc nas przed uderzeniem w ziemię.
- Sorey, hej, wszystko w porządku? - Zapytałem, dotykając jego zimnego policzka, mój biedaczek jest przemarznięty, wygląda na to, że nie da rady już dalej lecieć.
- Nic mi nie jest, dam radę dalej lecieć - Powiedział, zmęczonym głosem, któremu nie mogłem, a nawet nie chciałem uwierzyć.
- Oczywistość - Mruknąłem, używając skrzydeł, aby z ich pomocą dostać się do jaskini, znajdującej się już nie daleko nas wiedząc, że bez nich bym sobie nie poradził.
Rozłożyłem koc, na którym go położyłem, drugim nakrywając jego lodowate ciało, nie zapominając o ognisku, który musiałem rozpalić dla niego, nie chcąc, aby się przeziębił, już wczoraj o tym zapominałem, a teraz cierpi, jestem ostatnio na pewno okropny, co się ze mną dzieje? Przez moją głupotę dziadek porwał dzieci, a mój mąż jest w złym stanie fizycznym, a i nawet psychicznym czego jestem pewien, on świetnie udaje, ale w głębi duszy martwi się tak jak ja, martwi się, a ja tego nie zauważam. Myśląc, że tylko ja się o dzieci martwię, jak mogę mu to robić? I że to on uważa, że jest złym mężem, a więc co ja mam o sobie powiedzieć? Jestem fatalnym mężem? Sam już nie wiem.
Nie mogąc się załamać, musiałem mu pomóc rozgrzać ciało, koce i ognisko musiało wystarczyć, bo niestety nic innego zrobić nie umiałem, nawet wody nie byłem w stanie nagrzać no i w jaki niby sposób? To wszystko było naprawdę męczące, on potrzebował czegoś jeszcze cieplejszego niż ogień tylko czego? Nie mając żadnego pomysłu, dorzuciłem jeszcze więcej patyków do ognia, kładąc się przy nim, w tej chwili zdecydowanie będąc cieplejszym od niego samego, może to mu chociaż trochę pomoże, zawsze przecież pomagało, teraz nie może być inaczej.
- Zostaw mnie Mikleo, ja sobie dam radę musisz odnaleźć nasze dzieci - Powiedział zmęczonym głosem, gdy tylko poczuł moją obecność.
- Nie opowiadaj głupot, nie zostanie cię, idziemy razem - Powiedziałem hardo, nie mając zamiaru zmieniać zdania ani teraz, ani później, ani nigdy, razem to zaczęliśmy i razem skończymy bez względu na wszystko...

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz