czwartek, 7 września 2023

Od Soreya CD Mikleo

 Nie za bardzo wiedziałem, czemu się zatrzymujemy, i po co. Przecież dzieci nas potrzebują, na takie zatrzymywanie się nie mamy za bardzo czasu. Jak sobie pomyślę, że Hana tam płacze i woła do mamy, to mnie serce boleć zaczyna. A Haru? Przecież i on na pewno strasznie to przeżywa, zwłaszcza, kiedy jego siostrzyczka się denerwuje, a denerwuje się na pewno, bo jest w obcym miejscu, z obcymi ludźmi... i on teraz nie chce mnie tu zostawić? Przecież to jedyna sensowna opcja. Inna nie istnieje. Oboje dobrze wiemy, że zanim do siebie dotrę, może minąć tydzień, jak nie dłużej. Co, jeżeli dziadek opuści przez ten czas Azyl? Na to pozwolić nie możemy. Już nie wspominając o tym, że nawet nie wiemy, czy oni faktycznie tam są. Stracimy mnóstwo czasu przeze mnie, że jestem taki słaby, i przez Mikleo, że jest taki uparty. Czemu jest uparty w sytuacjach, w których uparty być nie musi? Strasznie przy tym sprawę komplikuje. 
- Dzieci cię potrzebują, i to zdecydowanie bardziej niż ja. A ja sobie jakoś dam radę – przyznałem, nie mogąc pozwolić na to, by moje dzieci cierpiały. Ja jakoś przeżyję, one już nie. 
- Dzieci potrzebują też ojca. Poza tym, mówiłem, że nie rozdzielamy się – powtórzył, dalej będąc tak strasznie uparty. 
- Skoro się nie rozdzielamy, to musimy w tym momencie ruszać – powiedziałem hardo, chcąc wstać, ale Mikleo mnie powstrzymał. Znów. Czy on nie jest za uparty? No jest. A jak musi być odparty, to wtedy odpuszcza. 
- Leż jak leżysz. Musisz się wygrzać – odparł, mocniej przytulając się do mojego ciała, troszkę bardziej mnie ogrzewając. Trochę... ale to trochę za mało. A już przede wszystkim za długo to będzie trwało. Nie wiem, co musiałbym zrobić, by się wygrzać w jak najkrótszym czasie. Chyba wejść do morza magmy. Ale gdzie tu jest jakieś morze magmy? Nawet nie musi być morze, w kałuży też się jakoś ogrzeję, chociaż i o jakąś kałużę trudno. Najbliższe chyba jest w świątyni ognia, w której zdobyłem miecz. No ale to nam kompletnie nie po drodze. Chyba. A więc skoro nie mamy o tego po drodze, to nie ma co marnować czasu, i już teraz powinniśmy ruszać, a nie leżeć w jakieś jaskini i marnować na mnie czas. Ale Mikleo oczywiście mnie nie puści, bo mam wypoczywać. 
- Przepraszam – bąknąłem cicho ze wstydem, czując się źle z tego powodu. Przeze mnie marnujemy czas. Czas, który powinniśmy poświęcić na poszukiwanie naszych maleństw, nie na mnie. I teraz, przeze mnie nasze dzieci gdzieś tam są, i to przerażone, płaczące... nie znałem dziadka. Nie pamiętałem go i nie wiedziałem, jakim był aniołem, i też dlatego zastanawiałem się, czemu zabrał nam dzieci. Nie powitałem go miło, owszem, ale nie znałem go. I mu nie ufałem. Zresztą, on też nie zachował się miło. Ale czy to powód, by zabierać nam dzieci? Krzywda żadna im się tu nie działa. Owszem, poświęcałem im ostatnimi czasy za mało czasu, no ale poza tym źle nie miały. Zwłaszcza z tak cudowną mamą. Naprawdę nie wiem, czemu Miki mnie tutaj nie chce zostawić i samemu ruszyć na poszukiwania, przecież świetnie sobie poradzi, jestem tego pewien...

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz