czwartek, 7 września 2023

Od Soreya CD Mikleo

 Przytuliłem do siebie męża, nie komentując już jego słów. Nie uważałem, aby to była jego wina, miał prawo uważać, że dziadek się zmienił, w końcu to mimo wszystko jego rodzina. Moja ponoć też, ale ja jej już nie pamiętałem, dlatego byłem ostrożniejszy. I powinienem był bardziej nalegać na to, by opuścił nasz dom... Chociaż, czy to by coś dało? Pewnie gdyby się postarał, jakoś by się tu mógł włamać i zrobić to, co chciał, czyli zabrać nasze maleństwa. Mam nadzieję, że nie zrobił im krzywdy. Musiał na nich użyć mocy, bo gdyby tego nie zrobił, małe by się obudziły i zaczęły płakać. Zwłaszcza Hana, ona nigdy za specjalnie nie przepadała za obcymi, a dziadek był dla niej obcy. Staruszek chciał się zbliżyć do dzieci i poznać swoje prawnuki, jak to określił, ale mu na to nie pozwoliłem. I to też było na nic, jak się teraz okazuje. 
Dalej przytulając do siebie swoją Owieczkę w poszukiwaniu jakiejś jaskini, w której moglibyśmy się zatrzymać i zebrać siły, ale nigdzie czegoś podobnego nie zauważyłem. I nie zapowiadało się, byśmy szybko na jakąkolwiek natrafili. Otaczał nas las, więc jedyne, co nam pozostało, to znaleźć jakąś niewielką polankę i rozpalić ognisko. Jak się będzie dało. Pomimo wielkiej woli walki ja to jednak ciepłolubny byłem i dobrze byłoby się choć troszkę rozgrzać przed jutrzejszą wędrówką. Albo lotem. Wszystko będzie zależało od tego, czy będzie padać, czy też nie. Chociaż... Znów go spowalniam. Mikleo przecież mógłby bez problemu podjąć się lotu, jemu to wielkiej różnicy nie zrobi, mi z kolei już ogromną. Wychodzi na to, że aktualnie jestem jego największym problemem tutaj. Może jednak powinniśmy się rozdzielić...? Mikleo co prawda nie chciał za bardzo mnie opuścić, ale może jeszcze uda mi się go przekonać, w końcu najważniejsze są nasze dzieci. 
– Chodź, musimy znaleźć jakieś miejsce na postój – poprosiłem, powolutku pomagając mu wstać z ziemi. 
– Nie, nie możemy się zatrzymywać, musimy iść dalej – bąknął, ledwo trzymając się na nogach. 
– Owieczko, też chcę ich odnaleźć, i to jak najszybciej. Jak jednak mamy to robić, kiedy ty ledwo chodzisz? Musimy mieć siłę, by się poruszać. I by je odzyskać, bo dziadek na pewno ich tak łatwo nie odda – wyjaśniłem, prowadząc go jednego z większych drzew, pod którym chciałem się skryć. – Chodź, położymy się tutaj. 
– Nie muszę odpoczywać, mogę dalej iść – przyznał, ale mimo to poddał się mojemu prowadzeniu. Czyli był bardziej zmęczony, niż sam podejrzewał, w przeciwnym wypadku spróbowałby mnie skierować w inną stronę. 
– Właśnie widzę – westchąłem ciężko, zdejmując z jego ramienia torbę, by rozłożyć koc na ziemi, nim Miki na nim usiądzie. Nie mógłbym w końcu pozwolić, by mój mąż tak po prostu położył się na mokrej ziemi. Jeszcze mu zimno będzie. Znaczy, pewnie nie będzie, ale może być, a nie chciałbym, by sobie krzywdę robił. – Proszę, siadaj – poprosiłem, pomagając mu usiąść, a kiedy już oparł się o drzewo, zdjąłem płaszcz z ramion. Zimno było, owszem, ale mój mąż i jego potrzeby oraz dobre samopoczucie było ważniejsze. – Może postoję na warcie, mam nieco więcej energii – zaproponowałem, gładząc go po włosach. Ja z tym żadnego problemu nie miałem, trochę tylko zmarznę, no ale przeżyję, jakoś. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz