środa, 3 grudnia 2025

Od Mikleo CD Soreya

Mimo wszystko martwiłem się o dzieciaki. A jeśli zrobią sobie krzywdę? Jeśli czegoś nie dopilnują? W głowie przewijały się dziesiątki scenariuszy, jedne mniej, drugie bardziej absurdalne, ale wszystkie podszyte tym samym, nieustępliwym niepokojem. Jak ja mam tak po prostu leżeć i spać, kiedy tyle może się stać? Nie byłem pewien, czy potrafię. Wydawało mi się, że powinienem wstać i mieć je na oku, choćby z daleka.
- A co jeśli… - Zacząłem, ale słowa natychmiast utonęły w jego pocałunku. Ciepłe, pewne usta zamknęły moje, odbierając mi na krótką chwilę oddech i trzeźwe myślenie. Wszystko we mnie zadrżało, jakby jednym gestem rozwiał część moich lęków.
- Nic im się nie stanie - Powiedział łagodnie, kiedy odsunął się na moment, by spojrzeć mi w oczy. - To duże dzieciaki, poradzą sobie. Nie musisz tak panikować. Chodź, połóżmy się. Odpoczniemy, a później, jak już poczujemy się lepiej, zrobię nam gorącą czekoladę. Co ty na to? - Kiwnąłem jedynie głową, nadal trochę zamglony jego bliskością. Ułożyłem się obok niego na kanapie, wtulając w jego ciepłe ciało jak w najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Nic już nie mówiłem, nie musiałem. Zamknąłem oczy, chowając się w jego ramionach, czując, że w tej chwili niczego nie pragnę bardziej niż jego obecności, tej kojącej i znajomej, którą kochałem od tak dawna.

Obudził mnie zapach dochodzący z kuchni, ciepły, przyjemny, niemal kojący. Pachniało tak dobrze, że przez moment naprawdę uwierzyłem, że wszystko jest w porządku. Wyglądało na to, że dzieci sobie poradziły… a może jednak powinienem wstać i zerknąć, choć na chwilę? Nie, przecież dostałem zakaz. Miałem odpoczywać. Przynajmniej dopóki nie dojdę do siebie.
Spojrzałem na Soreya, spał jak niedźwiedź w środku zimy, głęboko i bez ruchu. Nie chciałem go budzić, nie mogłem się nawet poruszyć, każdy mój gest mógłby go wytrącić ze snu. A on potrzebował odpoczynku bardziej niż ktokolwiek. Musiał dojść do siebie, odzyskać siły… a może do tego wszystkiego potrzebował duszę? Może dodałoby mu to energii, może postawiłoby go na nogi szybciej. Ale nie, nie mogłem o tym nawet myśleć. Jeśli miałby odebrać ją komuś, niech to zrobi, ale niech mi o tym nie mówi. Nie chciałem dźwigać kolejnego ciężaru, kolejnej obawy.
- Mamo? Czemu nie śpisz? I dlaczego jesteś tutaj, a nie w swojej sypialni? - W głosie Hany pobrzmiewała nie ciekawość, a zwyczajna codzienna troska. Wysunęła się z kuchni z talerzem jedzenia, kierując się do swojego pokoju.
- Jakoś tak się przebudziłem - Odpowiedziałem, uśmiechając się do niej lekko. - A co do sypialni… pomalowaliśmy ją z tatą. Na razie nie możemy tam spać. - Hana skinęła głową, jakby to tłumaczyło absolutnie wszystko.
- A, i mamo? –- Dodała jeszcze, zatrzymując się na schodach. - Jak będziesz głodna, zostawiliśmy coś dla ciebie. - Zanim zdążyłem odpowiedzieć, już zniknęła na górze. Westchnąłem cicho, a potem zsunąłem się znów w ciepło ramion Soreya, wtulając tak mocno, jak tylko mogłem, jakbym chciał zatrzymać tę chwilę na dłużej. Poczułem, jak moje powieki same się zamykają, a sen znów zaczyna mnie oplatać, delikatny i spokojny. Tu, przy nim, mogłem zasnąć bez lęku.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz