Zdecydowanie odstawał od wszystkich ludzi, których dotąd poznałem, zarówno tych młodszych, jak i starszych. I rzeczywiście musiałem przyznać przed samym sobą, że charakterem znacznie bliżej mu było do tych drugich. Ale to nie było nic złego. Wręcz przeciwnie. Był jedynym mężczyzną, do którego czułem cokolwiek więcej, z którym naprawdę czegoś chciałem.
Zazwyczaj wszystko trwało krótko. Chwilę, dzień, najwyżej dwa. Spontaniczna przygoda kończyła się równie nagle, jak się zaczynała, a ja zostawałem sam. I choć przez długi czas taki tryb życia wcale mi nie przeszkadzał, teraz coraz częściej zastanawiałem się, czy nie byłem zbyt… puszczalski.
Z drugiej strony, byłem wampirem. Mogłem mieć każdego. Więc dlaczego nie korzystać? Dlaczego nie brać przyjemności cielesnych, skoro niemal każdy tak chętnie się do mnie łasił, pragnąc choćby namiastki tego, co mogłem dać?
Szczerze mówiąc, nigdy nie musiałem się specjalnie starać. Hipnoza była ostateczną bronią tą, po którą sięgałem rzadko, ale skutecznie. Jednak nawet bez niej wielu mężczyzn z własnej woli trafiało do mojego łóżka, spragnionych doznań, które byłem w stanie im ofiarować. Czasem wystarczył uśmiech. Czasem spojrzenie. Czasem sama obecność.
- A myślałem, że poznałem młodego mężczyznę… - Odezwałem się w końcu. - Cóż, najwyraźniej wygląd bywa mylący. Bo choć ciało zdradza młodość, duch wydaje się należeć do starego chłopa. - Uśmiechnąłem się do niego zadziornie, z tą nutą prowokacji, której nigdy nie potrafiłem sobie odmówić.
Elian zaśmiał się cicho, przesuwając dłonią po moim biodrze, na którym spoczywała już od dłuższej chwili. Gest był aż nazbyt czytelny, demonstracyjny, celowy. Jakby chciał pokazać wszystkim wokół, że należę do niego. Co dziwne… wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Podobało mi się to uczucie, świadomość, że ktoś wreszcie jest o mnie zazdrosny. Naprawdę zazdrosny, a nie tylko chwilowo zachłanny, kierowany pożądaniem, które gasło równie szybko, jak się pojawiało.
Była to miła odmiana po stu pięćdziesięciu latach niekończących się spotkań z przypadkowymi mężczyznami.
- Może i stary duchem - Wyszeptał mi do ucha - Ale kiedy cię pieprzę tracisz kontrolę, a wtedy brzmisz naprawdę pięknie - Parsknąłem cicho śmiechem, rozbawiony jego pewnością siebie. Musiałem jednak przyznać mu rację, w tej jednej dziedzinie był… wyjątkowy. Lepszego od niego naprawdę nie spotkałem, a przecież znałem ich wielu. Zaskakujące, jak bardzo potrafił mnie rozbroić ktoś, kto z założenia powinien być moim wrogiem.
- Cóż - Odparłem z lekkim uśmiechem - Lubię to, co ze mną robisz. Daje mi to przyjemność… i satysfakcję. Zwłaszcza świadomość, że to właśnie ja zdobyłem ciebie. Łowcę, którego żaden inny wampir przede mną nie zdołał posiąść. - Dodałem, uśmiechając się zadziornie.
Mój łowca kiwnął głową i pocałował mnie w czoło, gest zaskakująco czuły jak na kogoś, kto na co dzień nosił w sobie tyle surowości.
- I ja lubię wszystko, co robimy razem. Zwłaszcza te chwile, kiedy zupełnie zapominasz o całym świecie. - Jego słowa szczerze mnie rozbawiły: w jego głosie była ta charakterystyczna mieszanina prowokacji i ciepła, której nie potrafiłem już ignorować.
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego pozwoliłem, by mój wzrok powędrował ku ulicy. Ludzie przechodzili obok nas, rozmawiali, śmiali się, gestykulowali żywo. Co chwilę wyłapywałem pojedyncze słowa, o spotkaniach, prezentach, wspólnym czasie. O jakichś świętach, których sens zupełnie mi umykał.
Po stu pięćdziesięciu latach istnienia wiele rzeczy przestało mieć dla mnie znaczenie… ale to, ta radość, tak powszechna i tak ludzka, budziła we mnie autentyczne zdziwienie.
- O jakich świętach oni właściwie mówią?- Zapytałem w końcu, nie odrywając wzroku od przechodniów.
< Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz