Oczywiście był demonem i teoretycznie nie powinien przejmować się zimnem, a jednak ja wiedziałem swoje. Niezależnie od tego, kim był, nadal był narażony na chłód i doskonale o tym wiedziałem. On też zdawał sobie z tego sprawę, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Zamiast tego stawiał się uparcie, robiąc wszystko, by wyszło na jego i by pokazać, że niczego nie potrzebuje.
- Ja nie przesadzam. To ty niepotrzebnie narzekasz - Powiedziałem spokojnie, choć w moim głosie dało się wyczuć nutę stanowczości. - Po prostu idź po choinkę, ku uciesze dzieci. - Poprosiłem, nie chcąc wdawać się w kolejną dyskusję. Wiedziałem, że on ma swoje zdanie, a ja swoje. I mimo to nie zamierzałem przestać się o niego martwić. Taki już byłem, nawet jeśli on uważał to za zbędne, ja i tak będę pomagał mu, kiedy tylko mogę, i jak tylko mogę.
Sorey już otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, i pewnie by to zrobił, gdyby nie moje spojrzenie. Wiedziałem, że w tej chwili mówi ono więcej niż tysiąc słów. Zatrzymał się, westchnął cicho i przewrócił oczami w dobrze mi znanym geście irytacji. Zdecydowanie nie podobało mu się to, co robiłem ani to, że znów stawiałem na swoim, ale nie kłócił się ze mną. Oboje wiedzieliśmy, że nie miałoby to najmniejszego sensu.
- W porządku. Niedługo wrócę - Stwierdził w końcu, po czym narzucił na siebie płaszcz i opuścił nasz dom, ruszając na poszukiwanie choinki...
Patrzyłem za nim jeszcze przez chwilę, mając szczerą nadzieję, że znajdzie coś naprawdę ładnego. Chciałem, żeby dzieciaki były zadowolone. Chociaż trudno było sprostać ich wymaganiom i wyobrażeniom, wierzyłem, że sobie poradzi. W końcu był cudownym człowiekiem, a raczej demonem, przystojnym, mądrym i zadziornym. I chociaż on sam uważał inaczej, ja wiedziałem swoje. Moje zdanie o nim było niezmienne, nawet jeśli próbowałby wmówić mi coś zupełnie przeciwnego.
W czasie gdy Sorey szukał choinki, dzieciaki krzątały się przy ozdobach, poprawiając je z typowym dla siebie entuzjazmem i chaosem. Co chwilę słychać było ich śmiech, ciche sprzeczki i podekscytowane rozmowy. Ja natomiast pozwoliłem sobie na chwilę odpoczynku, siadając na kanapie oparłem się wygodnie o jej bok.
Co prawda nie zrobiłem dziś nic szczególnie męczącego, ale skoro miałem okazję, by na moment zwolnić, to czemu miałbym z niej nie skorzystać? Przymknąłem oczy, wsłuchując się w domowe odgłosy. Może dziś nawet nasze dzieci przygotują obiad. Śniadanie było już po ich stronie, więc kto wie, może zechcą mnie trochę odciążyć. Nie obraziłbym się. Zdecydowanie nie.
Czekałem cierpliwie na jego powrót, przymykając na chwilę oczy, by i one mogły odpocząć. Ostatnie wydarzenia kosztowały mnie a właściwie nas bardzo wiele. Może właśnie dlatego tak bardzo cieszyłem się na nadchodzące święta.
Chociaż Sorey tego nie odczuwał, dla mnie święta były czymś magicznym. Miały w sobie coś wyjątkowego, coś, czego tak bardzo potrzebowałem, chwilę wytchnienia, spokoju, oderwania się od codzienności, która w ostatnim czasie przyniosła mi zaskakująco dużo smutku.
- Już jestem - Sorey zwrócił naszą uwagę, a może bardziej choinka którą trzymał w dłoniach, dzieciaki były zafascynowane nowym drzewkiem od razu chcąc je udekorować,
- Cóż muszę przyznać, że spełniłeś ich wszystkie wymagania, dziękuję - Ucałowałem go w policzek, naprawdę wdzięczny za choinkę, bo chociaż nie lubi świąt to i tak się starał, a za to jestem mu szczerze wdzięczny.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz