Na szczęście Dona naszl nie zatrzymywała i nic nie mówiła. Nie miałem ochoty słuchać jej kolejnych przykrych słów i sugestii, że mam go zostawić. Przykro mi, że po prostu nie chce go zaakceptować, tylko na podstawie dwóch sytuacji już go oceniła i dla niej jest najgorszy. Jak ja jej mówiłem, że powinna zostawić swojego męża, który znęcał się nad nią, jej córką, to się bała mimo, że byłem w stanie bezpiecznie je obie zaprowadzić do zupełnie innego miasta, pomóc im w rozpoczęciu nowego życia. Szczęśliwym przypadkiem pozwoliłem by wampir się nim posilił, nie spiesząc się z jego ratowaniem. Utrudniłem sobie trochę zadanie, gdyż wampir był silniejszy, ale za to było o jednego śmiecia mniej. No i, dzięki jego śmierci, przejęła ten przybytek. Jednak, kiedy to jej coś naprawdę groziło, nie słuchała mnie. Czemu więc ja mam jej słuchać?
– Mamy jakiś konkretny plan? – spytał Serathion, kiedy wyszliśmy na mroźny, zimowy dwór. Paskudna pogoda... i że ja bym tak miał podróżować? Od razu się człowiekowi odechciewa wszystkiego. Jednak, na spacer, po którym czeka mnie ciepłe, suche, wygodne łóżko, to udać się mogę.
– Nie raczej nie. Proponuję trzymać się głównych ulic, bo w pobocznych z reguły nic miłego na nas nie czeka – powiedziałem, kładąc dłoń na jego biodrze i przysuwając go bliżej siebie. Jest mój i tylko mój, i każdy niech lepiej o tym wie. Mogę i być trochę osłabiony, ale przywalę każdemu, kto będzie próbował się do niego zbliżyć z zamiarem podrywu. Na szczęście nie będzie jakoś specjalnie dużo ludzi, więc tak bardzo się tym przejmować nie muszę, ale i tak wolę mieć go blisko siebie. – Albo do parku. Zależy od ciebie.
– Ja nie mam żadnych wymogów. Możemy iść przed siebie, dopóki masz na to ochotę. Cieszę się, że mogę w ogóle się ruszyć – powiedział cicho, grzecznie, opierając głowę o moje ramię.
– Chciałbym ci zaproponować coś więcej, ale... Cóż, opcje mam trochę ograniczone – powiedziałem zakłopotany. Pewnie gdyby nie był wampirem, mógłbym go zabrać na jakieś jedzenie, ale tak? Trochę mu tego miasta pokazałem, żadnych wydarzeń nie było, żeby mu zaprezentować... Tylko spacer i nasza dwójka.
– Spacer z tobą w zupełności mi wystarczy.
– Zwykły spacer? Co się stało z moją żądną przygód Różyczką, którą to wszystko nudziło? – spytałem rozbawiony, prowadząc go ładnie oświetlonymi uliczkami. Zazwyczaj, jak poluję na wampira, zwiedzam uliczki poboczne, okolice slumsów, a tam nigdy nie jest ani przyjemnie, ani ładnie. Miła odmiana.
– Twoja Różyczka musiała dostosować się do starego, zrzędliwego ogrodnika, co nie jest tak rozrywkowy ja – odgryzł mi się, na co się lekko uśmiechnąłem.
– Nigdy nie potrafiłem iść jakoś bardzo z duchem czasu, przyznaję, staruch że mnie – uśmiechnąłem się do niego głupio. Zawsze odstawałem od moich rówieśników, jakbym mentalnie był już jakimś czterdziestolatkiem.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz