piątek, 12 grudnia 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Czułem się winien tego, że nie mogłem mu dać tego, czego tak bardzo potrzebował, kiedy mieliśmy na to czas. Teraz, kiedy dzieciaki są na górze, a dźwięki mogły się ponieść po schodach, niewiele mogliśmy zrobić. Musieliśmy poczekać, aż dzieciaki pójdą do szkoły. Wcześniej na niewiele sobie mogliśmy pozwolić. Nie z jego chęcią do bycia głośnym, co swoją drogą, bardzo mi się podobało. Dzieciakom pewnie już nie do końca, i oszczędzę im tej małej traumy. 
– Trochę późno – powiedziałem, podążając za jego wzrokiem. Naprawdę mnóstwo dnia dzisiaj przespaliśmy, a i tak jak Miki zdecyduje, z wielką chęcią zasnę przy jego boku. 
– Przeszkadza ci to? Jesteś zmęczony? – zapytał, gładząc mój policzek swoją chłodną, miekką dłonią. 
– Nie. Martwię się o ciebie. W nocy zazwyczaj spałeś – zauważyłem, przyglądając się mu z uwagą. 
– Przespałem pół dnia. Zresztą, dobrze mi tutaj z tobą. Nawet, jak to jest takie spokojne, leniwe, zwykłe... podoba mi się – przyznał cicho, na co lekko się uśmiechnąłem. 
– Tak? Już nie ciągnie cię do przygód? Zwiedzenia? Ruin? – spytałem rozbawiony, poprawiając jego kosmyki. 
Jutro się nimi porządnie zajmę, zrobię z jego włosami coś niesamowitego, bo taką mam właśnie ochotę. Uplotę coś, co nie pasuje na takie codzienne noszenie, tylko na jakieś okazję, na których prędko się nie znajdziemy. Kiedy byłem aniołem, jakoś tak chętniej nas zapraszano, czy to na jakieś uroczystości, bale, przyjęcia... i chociaż nie z każdego zaproszenia korzystaliśmy, to czasem zdarzało nam się przyjść. Ale wtedy Miki'ego mogłem odstroić. Przecież był tam najpiękniejszy wśród wszystkich i kobiet, i mężczyzn. I pewnie gdybyśmy dalej tam mieszkali, dostawałby zaproszenia, jako ojciec chrzestny króla. Ja już niekoniecznie. Serafina, takiego jak on, takiego, jak moje dzieci, wszyscy na przyjęciach chcą. A demona? Już niekoniecznie. 
– Zachciało mi się przygód, i co? Tylko na tym ucierpiałeś – powiedział cicho, a w jego głosie wybrzmiały wyrzuty sumienia. Chyba nigdy się tego nie wyzbędziemy. Będzie to powracać, albo u mnie, albo u niego. – Mam wspaniały dom. Mam ciebie. Mam dzieciaki. Powinienem się z tego cieszyć, większość ludzi tego nie ma – odparł cicho, uśmiechając się łagodnie. Zdecydowanie nie brzmiał, jak mój Miki. 
– Większość ludzi. Ty nie jesteś człowiekiem, nie dasz rady tyle wysiedzieć w miejscu. Za jakiś czas znów zaczniesz odczuwać pokusę, by gdzieś się udać. I się udamy. I obiecuję ci, że następna wyprawa będzie znacznie lepsza. Mniej niebezpieczna – powiedziałem łagodnie, nie przejmując się tym. Jak przyjdzie co do czego, znów wszystko zaplanujemy. I tym razem będzie znacznie lepiej. 
Na moje słowa nic nie powiedział. Przytulił się tylko do mnie, dopijając swoją czekoladę. Muszę koniecznie pójść na zakupy. Nie dość, że kończy się czekolada, to i jakieś dodatki, jakieś pianki, bitą śmietanę, może posypkę? No i jakieś bardziej przydatne rzeczy. Mięso, warzywa, karmę dla zwierząt, jajka... trochę tego jest. 
– Chcesz się jutro przejść ze mną na zakupy? Przy okazji zobaczyłabym, w jakiej cenie jest drewno. Trzeba powoli myśleć o tych meblach – zaproponowałem korzystając z tych spokojnych chwil. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz