Poczułem, jak ktoś powoli wydostaje się z mojego uścisku. Wiem, kto to za ktoś. I mi się to nie podobało. Od razu nieco zwiększyłem siłę uścisk; nie za mocno, by go nie skrzywdzić, ale też wystarczająco mocno, by ode mnie nie odszedł. Jeszcze było tak ciemno, tak zimno... może nie musimy wstawać? Czy było nam tu tak źle? Nie wiem, jak mojej Owieczce, ale mi było bardzo wygodnie, jak na kanapę. Nie mogło się to równać z materacem łóżka, no ale było całkiem znośnie.
– Sorey, dzieciaki już wstały – usłyszałem słodziutki głos mojego męża tuż przy moim uchu.
– I co w związku z tym? Mają zdrowe ręce, zdrowe nogi, poradzą sobie z przygotowaniem śniadania i ogarnięciem się do szkoły – wymamrotałem, nie otwierając oczu chociażby na chwilę.
– Dzisiaj do szkoły nie idą. Dopiero jutro – uświadomił mnie, na co wymamrotałem coś niezrozumiale. Czyli jeszcze dzisiaj jesteśmy skazani na miły, rodzinny spokój, bez żadnych szaleństw. – Nie chcesz uczestniczyć w rodzinnym śniadaniu?
– I tak nie jem – mruknąłem cicho, w końcu otwierając oczy. Czułem, że już sobie nie pośpię. Mikleo się trochę rozbudził, no i dzieciaki krzątały się w kuchni. Teraz... teraz to słyszałem aż za dobrze.
– Ale posiedzieć możesz. Wczoraj dzieciaki się o ciebie martwiły, dobrze by było, gdybyś im się pokazał z tej lepszej strony – poprosił cichutko, no i co ja miałem powiedzieć? Nie? Nie potrafiłem. Nie jemu.
– Mhm. Pięć minut – wymamrotałem cichutko, potrzebując chwili, by się ogarnąć w sobie. Wstawanie z rana zawsze było najgorsze, czy byłem człowiekiem, czy aniołem, czy czymkolwiek innym.
– Trzymam za słowo. A teraz idę się ogarniać – stwierdził, po czym pocałował mnie w policzek i mnie opuścił... niestety.
Leżałem jeszcze te kilka minut na łóżku i dopiero potem podniosłem się do siadu. Rozejrzałem się nieobecnie dookoła, i w końcu, niechętnie, skierowałem się do łazienki. Musiałem szybko obmyć twarz, umyć zęby, przeczesać włosy, ubrać się... no i zacząć jakoś wyglądać. Może i mam iluzję na sobie, by nie wyglądać jak demon, ale nie oznacza to, że od razu będę piękny. Widać na mojej skórze oznaki zmęczenia, rany, i każdą inną niedoskonałość. Po prostu ukrywam to, co nie jest normalne... a teraz jest we mnie mnóstwo nienormalnych rzeczy. W piekle raczej nie kwapiłem się o utrzymanie iluzji, a im dłużej byłem, im więcej grzeszę, pożywiam się duszami, tym mniej przypominam dawnego siebie. Jakie szczęście, że jest ta iluzja. Bez niech musiałbym się chyba pod jakimś kamieniem schować.
– Ty już ogarnięty... jesteś niesamowity – powiedziałem do męża, kiedy zastałem go w łazience. Przecież nie było to chwilę, a on już wyglądał, jak ósmy cud świata. I to mój taki własny, prywatny, bez żadnych oszukiwaczy, i wygląda cudownie. A ja się ukrywam pod iluzją, a i tak wyglądam okropnie. Coś we mnie stanowczo nie działa.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz