wtorek, 16 grudnia 2025

Od Serathiona CD Eliana

 Czułem, że to nie jest dobry pomysł. On był narażony na wszelkie przeziębienia, choroby, na wszystko to, na co chorują ludzie, choć sam nie do końca wiedziałem, co dokładnie może im zagrozić. Jedno wiedziałem na pewno: Nie chciałem go stracić tylko dlatego, że się o mnie martwił.
Ja sam nie przejmowałem się Doną, bo w końcu nie miałem czym a raczej kim. Niech sobie mówi i myśli, co chce. Była mi tak samo obojętna jak ludzie, którzy tu żyli. Ich opinie nigdy nie miały dla mnie większego znaczenia. Bo jakie prawo mają aby mnie oceniać? Żadnego i tylko to jest dla mnie najważniejsze.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - Odezwałem się w końcu. - Poza tym Dona aż tak bardzo mi nie przeszkadza. Większość czasu i tak siedzę tutaj, a jeśli zrobi się naprawdę źle, zawsze mogę wyjść oknem. - Uniósłem wzrok, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Zmienię formę, wylecę oknem. Będzie okej. Jasne, to trochę ryzykowne, ktoś mógłby zobaczyć nietoperza wylatującego z okna, ale zawsze zostaje wentylacja. Zauważyłem, że prowadzi prosto na zewnątrz, więc w ostateczności mogę korzystać i z niej. Jeśli twoja… no wiesz, ta twoja niby-matka, zacznie traktować mnie jeszcze gorzej. - Wzruszyłem ramionami, jakby chodziło o coś zupełnie błahego. Nie przejmuję się tym specjalnie. Przywykłem do takiego traktowania. Od zawsze jestem tym „najgorszym stworzeniem”, które chodzi po tym świecie. Tym, którego każdy chce się pozbyć, który rzekomo nie ma prawa żyć. Słyszałem to tyle razy, że przestało robić na mnie wrażenie. Już nie. Jestem zbyt dojrzały, żeby wciąż się tym zadręczać.
On jednak pokręcił głową.
- To nie jest mądre - Stwierdził spokojnie, biorąc pierwszy łyk gorącego napoju. - Naraziłbyś nie tylko siebie, ale i mnie. O ile o siebie się nie martwisz, tak o mnie powinieneś. Nie chcę, żeby stało ci się coś złego. Po za tym Dona nie jest moją niby matką, jestem dla mnie dobra, bo jest wdzięczna za to co dla niej zrobiłem, nic więcej się za tym nie kryje. - Stwierdził, a ja mimowolnie parsknąłem cicho.
- Nie jestem głupi - Mruknąłem. - Nie dałbym się złapać. A jeśli chodzi o Done, to zachoruje się jak twoja mama, nie dziw się później, że każdy tak to odbiera - Opadłem na łóżko i przeciągnąłem się leniwie, jak kot, który właśnie wrócił z udanego polowania. Na moment pozwoliłem sobie zamknąć oczy, udając choćby przed samym sobą, że wszystko naprawdę jest pod kontrolą.
Elian westchnął ciężko, podchodząc do łóżka z parującym napojem w dłoniach.
- Naprawdę tak to odbierasz? - Zapytał po chwili ciszy. - Dona zachowuje się jak moja mama? - To pytanie autentycznie mnie zaskoczyło. Spojrzałem na niego uważniej. On… naprawdę o to pytał? Jakby sam nie był tego świadomy. Czy on tego nie widział? A może po prostu nie rozumiał takich zachowań? Nie potrafiłem tego ocenić. Nie wiedziałem, co tak naprawdę gra mu w duszy.
- Oczywiście, że tak - Odparłem bez wahania. - Zachowuje się, jakby miała być twoją matką. Martwi się o ciebie. - Podniosłem się do siadu i przesunąłem nieco bliżej, obniżając głos. - Jasne, ludzie z reguły się o siebie martwią, ale u niej to wygląda inaczej. Zbyt intensywnie. Tak, jak mama martwi się o swoje dziecko, nawet wtedy, gdy nie ma ku temu realnych powodów. - Na moment zamilkłem, po czym westchnąłem cicho. - A tak w ogóle… - Dodałem, odbiegając nieco od tematu. - Jak się czujesz? Wiem, że na pewno boli, ale rana… nie ropieje? Nic złego się z nią nie dzieje? - Zapytałem spokojnie, bez drugiego dna, bez ironii. Po prostu się o niego martwiłem... Tak po prostu.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz