piątek, 12 grudnia 2025

Od Eliana CD Serathiona

 Trochę nie do końca wiedziałem, co się dzieje. Ledwo kontaktowałem, gdyby nie to, że byłem podtrzymywany, pewnie bym się czołgał, siły w nogach nie miałem żadnej. Widzenie miałem zamglone, słuch też działał jakoś dziwnie; nie byłem we ranie usłyszeć nic poza biciem swojego serca. Jeżeli ktoś coś do mnie mówił, odpowiedzi ode mnie nie otrzymywał. Chyba. Mówiłem coś? Nie byłem pewien. Oblał mnie zimny pot, pojawiły się trudności z oddychaniem... niedobrze. Bardzo niedobrze. Trucizna działała szybciej, niż początkowo przypuszczałem. Może to przez walkę? Męczyłem się, trucizna szybciej rozeszła się po moim krwiobiegu... i teraz mogę mieć problem. 
Rzucili mnie na łóżko. Chyba. Ktoś coś przy mnie robił. W przebłyskach świadomości czułem czyjś dotyk. A swojej skórze, w okolicach rany, która tak strasznie piekła... Chyba też ktoś coś wstrzykiwał w moje żyły, zmuszał do wypicia czegoś. 
Potem chyba straciłem na chwilę przytomność. Odcięło mnie całkowicie, nie byłem niczego świadom. Poniekąd... podobał mi się ten spokój. Mogłem trochę odpocząć. Przez chwilę nie bolało, nie piekło, normalnie mogłem oddychać. Odpoczynek to dobry pomysł. 
Nie wiem, ile to czasu byłem nieprzytomny. Kiedy w końcu w końcu otworzyłem oczy, bolało mnie chyba całe ciało, każdy najmniejszy mięsień. Ale to dobrze; skoro he czułem, znaczy, że mogłem chodzić. Miałem kontrolę nad ciałem, i zaraz to wykorzystam. 
Nie dając sobie więcej czasu do wytchnienia, podniosłem się do siadu, czym od razu zwróciłem uwagę medyka. Żadnych zimnych potów. Żadnego problemu z oddychaniem. Czułem tę ranę, i ten ból mięśni zapewne od leżenia... czyli wręcz musiałem wstać. Serathion na mnie czekał. 
Serathion...
Mój wzrok mimowolnie podążył na krzesło dla odwiedzających. Nie było go tu. Nie wiem, czego się spodziewałem. Może tego, że po raz pierwszy ktoś by na mnie czekał? Chyba trochę dramatyzuję. Czekał na mnie. Tylko nie tu. Do gospody wrócę, to pewnie zaraz poleci piękna wiązanka w moją stronę. 
– No już, spokojnie. Dalej jesteś osłabiony, i to mocno. Proszę, napij się – polecił mi, podając mi bukłak z wodą, na który to od razu się rzuciłem. Woda nigdy nie smakowała tak wspaniale, a niby smaku nie ma. – Miałeś dużo szczęścia. Silny organizm. Normalnie powinieneś tego nie przeżyć. 
– Skurwysynów śmierć tak chętnie nie zabiera – mruknąłem, ocierając usta z wody. – Dziękuję za pomoc. Jestem ci coś winien, czy za moją ciężką pracę w końcu chociaż raz miasto zapłaciło ten skromny rachunek? – zapytałem, już szykując się do zapłaty. 
– Twój pobyt został opłacony, ale nie przez miasto. Kobieta imieniem Dona za wszystko opłaciła, była tutaj kilka dni temu, kazała się dobrze tobą zająć. 
Kilka dni? 
Muszę wracać. Teraz, natychmiast. I jeszcze Dona... przecież ona ode mnie nie przyjmie pieniędzy. Już wolałbym wisieć medykowi, niż jej. 
– Cudownie. Mam coś brać, jakieś lekarstwa, antybiotyki, czy mogę już normalnie działać? – spytałem, przechodząc od razu do konkretów. 
– Nic dla ciebie nie mam. Na pewno czeka przed tobą długi odpoczynek... – zaczął, ale więcej nie potrzebowałem. Musiałem wracać. Musiałem zaopiekować się moją Różyczką. Przecież złoi mi skórę za to, że tak długo mnie przy nim nie było. 
– Odpocznę u siebie. Dziękuję za opiekę, trafię do gospody. Muszę coś zjeść, umyć się... i inne takie – mruknąłem, podnosząc się z łóżka. Pomimo, że moje ciało było ciężkie, w głowie trochę się kręciło, dotrę do pokoju. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz