Ci strażnicy podążali za mną tak powoli, tak ociężale i z tak wyraźnym brakiem chęci, że miałem ochotę po prostu ich zostawić, olać całą tę farsę i samodzielnie dopaść mężczyznę, który próbował zabić Eliana.
- No szybciej, ile można na was czekać? - Warknąłem, oglądając się przez ramię. - Jesteście gorsi od starego człowieka, który nie ma już siły ruszyć nawet palcem. - Ta ich niemoc była wręcz żałosna. Jakim cudem oni w ogóle dostali tę pracę? Kto ich przyjął? Zaczynałem współczuć jedynie temu, jak bezużyteczni się wydawali.
- Spokojnie, przecież to łowca. Nic mu nie będzie - Rzucił jeden z nich z drwiącym uśmiechem.
Jego ton sprawił, że aż mnie skręciło.
- Łowca wampirów, nie ludzi - Syknąłem. - Jeśli coś mu się stanie, to wy za to odpowiecie. - Nie czekając na ich reakcję, skupiłem wszystkie swoje zmysły. Musiałem odnaleźć tego szaleńca, który uznał, że może zmierzyć się z człowiekiem chronionym przeze mnie, na swój dziwny sposób.
Na szczęście wyczułem go w ostatniej chwili, jeszcze sekunda, a naprawdę by go skrzywdził. Straż w końcu zareagowała, obezwładniając mężczyznę, który wierzgał, wrzeszczał i powtarzał, że musi „dokończyć robotę”. Coś w nim było nie tak. Jego oczy były nieobecne, puste, jakby nie należał do samego siebie. Ten człowiek był dziwny… nienaturalnie dziwny, nie wiem jak to nazwać Ale to było dziwne. Ten mężczyzna był dziwny.
- Zranił cię - Powiedziałem, natychmiast czując w powietrzu zapach krwi.
Moje zmysły od razu oszalały, głód przebijał się przez próby utrzymania kontroli. Musiałem zakryć nos i wziąć kilka głębokich wdechów, by samemu nie stracić panowania.
- Nic mi nie będzie. To tylko… drobna rana - Wyszeptał Elian, lecz ledwie skończył, nogi ugięły się pod nim, a on opadł na ziemię.
Szybko do niego podszedłem, klękając obok i przyglądając się ranom. Coś tu nie pasowało.
- To nie nic. I to nie tylko drobna rana - Powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niego. - W twojej krwi… czuję truciznę. - Poczułem, jak niepokój ściska mnie w środku.
Kątem oka zauważyłem jednego ze strażników zbliżającego się do nas powoli, jakby dopiero teraz zorientował się, że sytuacja jest poważniejsza, niż sądził.
- Jest ranny, musimy zabrać go do szpitala. Trzeba sprawdzić, czy ta rana nie jest poważniejsza, niż wygląda - Powiedział strażnik, po czym zawołał swojego towarzysza, żeby pomógł mu przetransportować Eliana.
Chciałem iść z nimi. Naprawdę chciałem. Ale nie mogłem.
Zapach krwi był zbyt intensywny, zbyt świeży, wdzierał się w płuca i palił zmysły, jakby próbował zmusić mnie do czegoś, czego zrobić nie chciałem. W szpitalu byłoby tylko gorzej: zbyt wielu ludzi, zbyt wiele ran, zbyt wiele pokus, zbyt dużo czerwieni.
Nie mógłbym tego znieść.
Nie mógłbym mu pomóc. Musiałem odpuścić.
Zacisnąłem dłonie w pięści, czując bezsilność jak ostry, nieprzyjemny ucisk w żołądku.
- Wracaj - Mruknąłem cicho, choć już nie mógł mnie słyszeć. - Lepiej, żeby nic ci się nie stało… bo jeśli nie wrócisz, to przysięgam, że sam cię znajdę i wtedy dopiero będziesz miał problem. - Zostało mi czekać. W gospodzie. W bezpiecznej odległości od krwi, ludzi i chaosu.
Ale czekanie nigdy nie było moją mocną stroną. Mam nadzieję tylko, że z samotności na nic nie wpadnę, bo do tego również jestem zdolna.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz