niedziela, 28 grudnia 2025

Od Mikleo CD Soreya

Doskonale wiedziałem, że Sorey nie lubi świąt i nie było w tym nic złego. Nie musiał ich lubić, nigdy go do tego nie zmuszałem. A jednak, gdy myślałem o tym, by był przy mnie w te dni, nagle wszystko inne przestawało mieć znaczenie.
Po powrocie do domu dzieciaki od razu zabrały się za wypakowywanie produktów z toreb. Śmiech i gwar wypełniły kuchnię, a ja, korzystając z tej chwili ruszyłem na poszukiwania mojego męża.
Znalazłem go w naszej sypialni. Siedział na łóżku, rozglądając się po pomieszczeniu, jakby oceniał meble, zapewne zastanawiał się, od czego zacząć kolejne porządki. Ten widok ścisnął mnie lekko w środku.
- Wszystko w porządku? - Zapytałem cicho, siadając na jego kolanach.
- Tak… po prostu nie chcę wam przeszkadzać - Odpowiedział.
Ciężkie westchnięcie wyrwało mi się z piersi, zanim zdążyłem je powstrzymać.
- Przeszkadzać? Wiem, że nie lubisz świąt, ale chyba spędzimy je razem, prawda? W końcu jesteś moim mężem. Chciałbym spędzić ten czas z dziećmi… i z mężem, którego kocham. I którego może będę mógł obdarować ładnym prezentem. - Spojrzał na mnie z wyraźnym zaskoczeniem.
- Prezentem? Jakim prezentem? - Dopytał, a jego dłoń niemal odruchowo spoczęła na moich biodrach.
- Cóż… - Zawahałem się na moment. - Mogę założyć dla ciebie coś z rzeczy, które już mamy w domu. Albo kupić coś nowego, jeśli to sprawi ci przyjemność. - Nachyliłem się i pocałowałem go w policzek, zostawiając tam krótki, ciepły ślad. Wiedziałem, że nie chodziło o sam prezent, a o czas spędzony z rodziną.
Mój mąż odruchowo zaczął drażnić moją skórę lekkimi, niemal niewinnymi ruchami, a jednak wcale nie było to takie niewinne. Jego dotyk zawsze działał na mnie zbyt intensywnie, zbyt szybko. Wiedziałem, że nie powinien. Dzieci były w kuchni, kilka ścian dalej, a mimo to moje ciało reagowało tak jakbyśmy byli tu sami.
- Zastanowię się - Wymruczał w końcu. - Może wystarczy to, co mamy w domu. Poza tym będą dzieci… przy nich lepiej, żebyś nie nosił tych swoich ciuszków - Uśmiechnął się lekko, doskonale widząc, jak bardzo mnie rozprasza. Westchnąłem cicho, opierając czoło o jego ramię.
- Cóż… wcale się nie zdziwię, jeśli Lailah znów się tu pojawi i zabierze ich na święta. Wie, że je lubią. Tam mają wszystko, czego tutaj im brakuje. - Przesunąłem dłonią po jego policzku, chcąc go uspokoić. Wtedy jego twarz wyraźnie posmutniała.
- No tak… przeze mnie wszystko jest nie tak, jak być powinno - Powiedział cicho.
- Nie mów tak - Zaprzeczyłem natychmiast. - Kochamy cię. I dzieci, i ja. Niczego ci nie mamy za złe. Naprawdę. - Spojrzał na mnie uważnie, jakby sprawdzał, czy mówię prawdę.
- Wiem… chociaż jako anioły nie powinni ze mną być. Chciałbym mieć dziecko, którego nie musiałbym trzymać na dystans. Nie bać się, że moja demoniczna energia może mu zaszkodzić. - Rozumiałem go aż za dobrze. Ten lęk towarzyszył mu od zawsze.
- Nic im nie zrobisz. I one też to wiedzą. A poza tym… - Zawahałem się na moment, po czym uśmiechnąłem się delikatnie. - Za jakiś czas, może nawet całkiem niedługo, postaramy się o malucha. Takiego, który będzie miał w sobie coś z ciebie. - Poczułem, że to pragnienie jest we mnie silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Może to było przez sposób, w jaki na mnie patrzył. Może przez jego cichy smutek. Wiedziałem tylko jedno, chciałem dać mu dziecko, które przyniosłoby mu spokój i szczęście. Nawet jeśli miałbym dać mu je już teraz.

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz