sobota, 27 grudnia 2025

Od Mikleo CD Soreya

Zerknąłem na mojego męża kątem oka i od razu dostrzegłem niezadowolenie malujące się na jego twarzy. Zastanawiałem się, dlaczego był aż tak negatywnie nastawiony. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę z tego, że nasze dzieci potrafią nas wykorzystywać. I robią to, gdy tylko nadarzy się okazja, ale czy tym razem naprawdę nie mogło chodzić tylko o wspólnie spędzony czas?
Wiem, wiem… zwykłe „bycie razem” często przeradza się w coś zupełnie innego. Mimo to chciałem dać im szansę. Przynajmniej spróbować. Ocenianie ich bez poznania ich prawdziwych intencji, myśli czy planów wydawało mi się po prostu niesprawiedliwe.
- Sorey - Zwróciłem się do męża, posyłając mu znaczące spojrzenie, wyraźnie dając do zrozumienia, że chciałbym, aby choć trochę się uspokoił i przestał być aż tak podejrzliwy.
Oczywiście miał pełne prawo im nie ufać, już nieraz go zawiedli. A jednak… może tym razem warto było spróbować? Dać im jeszcze jedną szansę. Tak, wiem, jestem strasznie naiwny, rozdając miliony kolejnych szans. Ale cóż… po prostu kocham nasze dzieci. Kocham też mojego męża. Bez względu na to, co by się wydarzyło, jak bardzo by mnie zraniono, zawsze będą dla mnie najważniejsi. Bez wyjątku. Bez warunków.
- Co? Ja tylko ich ostrzegam - Mruknął Sorey, wyraźnie źle nastawiony do całej sytuacji.
A przecież chodziło tylko o wspólnie spędzony czas. Czasem naprawdę mógłby odpuścić.
- Nic nie planujemy - Obiecali.
Uwierzyłem im. Widziałem jednak, że mój mąż do samego końca pozostawał sceptyczny. Ale czy to miało znaczenie? Dla mnie, nie.
Po tym nie powiedzieliśmy już nic więcej. W ciszy usiedliśmy, obserwując, jak nasze dzieci sprzątają kuchnię. Zrobili to dokładnie i bez marudzenia, tak że nie musiałem nawet kiwnąć palcem. Było to… miłe. Muszę przyznać, że czasem naprawdę chciałbym po prostu odpocząć, zamiast nieustannie sprzątać, gotować i zajmować się wszystkim dookoła. Choć lubię te obowiązki, czasami każdy ma prawo być zmęczony, szczególnie po wydarzeniach, które ostatnio miały miejsce.
Gdy dzieci skończyły sprzątanie, zaczęliśmy przygotowywać się do wyjścia. Hana i Haru do samego końca nalegali, by pójść z nami, więc nie było powodu, aby im odmówić.
Podczas zakupów Sorey skupiał się na potrzebnych produktach do domu, a ja przystanąłem przy budce z ozdobami. Świątecznymi ozdobami, które już niedługo mogły się przydać. Święta zbliżały się nieubłaganie. I choć Sorey ich nie obchodził, z powodu tego, kim jest, wierzyłem, że i tak spędzi je z nami.
Nasze dzieci również z ciekawością oglądały ozdoby, wskazując to jedno, to drugie. Widać było, że chciałyby, aby coś z tego trafiło do koszyka, jednak doskonale wiedziały, że tata się na to nie zgodzi.
- Co tak oglądasz? - Zapytał, stając tuż za mną, gdy miał już w koszyku wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy.
- Ozdoby świąteczne - Odpowiedziałem spokojnie. - Wiesz, Gwiazdka jest już tuż, tuż. Chciałbym chociaż odrobinę przyozdobić dom. - Zawahałem się na moment, po czym dodałem ciszej. - Wiem, że może ci się to nie spodobać… ale mimo wszystko chciałbym mieć chociaż mały kawałek świąt u nas. - Odwróciłem się do niego i uśmiechnąłem łagodnie, trochę niepewnie, jakbym prosił nie tylko o zgodę, ale i o zrozumienie.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz