piątek, 12 grudnia 2025

Od Serathiona CD Eliana

 Czekanie na niego strasznie się dłużyło. Każdy dzień i każda noc zlewały się w jeden koszmar, doprowadzając mnie do szału. Martwiłem się o niego tak bardzo, że czasem aż brakowało mi tchu, a jednocześnie wciąż słyszałem Donę, która przy każdej okazji ochrzaniała mnie, że nie interesuję się wystarczająco Elianem. Przypominała mi, z jak przerażającą samotnością on może się teraz mierzyć. Jak może się czuć, całkiem sam w szpitalu, może mnie potrzebować a ja jestem tutaj.. Ależ ja jestem samolubny.
A ja po prostu chciałem być przy nim. Choćby na chwilę. I próbowałem, przysięgam, że próbowałem ale wampir w szpitalu pełnym chorych, umierających, często krwawiących ludzi… to był cholernie zły pomysł. A głód wcale mi nie pomagał. Zabiłem już kilka zwierząt, wypiłem ich krew, ale to nie dawało mi ulgi, jakiej potrzebowałem. Mój organizm przyzwyczaił się do ludzkiej krwi… albo przynajmniej do znacznie większych ilości niż te, które mogłem zdobyć bez wzbudzania podejrzeń. I tak już musiałem się nagimnastykować, żeby nikt nie natknął się na martwe zwierzęta. Gdyby ktoś je znalazł, byłbym spalony, a tego wolałem uniknąć.
Pierwszy raz tak się o kogoś martwiłem. Pierwszy raz czułem, że naprawdę mi odbija, kiedy pomyślałem, że on tam… może umrzeć. I wiedziałem jedno: Jak tylko wróci, to go uduszę. Powtarzałem od początku, że to głupi pomysł, błagałem, żeby mnie posłuchał. Ale nie, pan łowca wie lepiej. Pan łowca ma doświadczenie. A ja? Ja to przecież tylko głupi wampir, co ja mogę wiedzieć, prawda? Och, jak ja chciałem mu wtedy przywalić w ten pusty łeb.
A może wciąż chcę.

Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, wyczułem go. Był dzień, co samo w sobie przekreślało możliwość wyjścia i sprawdzenia co tu robi. Najpierw usłyszałem Donę, jej głos wyłowiłem z chaosu dźwięków na dole. Ale zaraz potem… usłyszałem jego. Tego kretyna, którego naprawdę zamierzałem udusić, choćby dla zasady.
Elian w końcu wszedł do pokoju. Gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się ciepło, przepraszająco, tak jakby już wiedział, że ma przechlapane.
I miał. O, zdecydowanie miał.
Jego zachowanie było kompletnie irracjonalne, głupie i nieodpowiedzialne. Mówiłem mu. Powtarzałem. Tłumaczyłem, że to się źle skończy. Ale oczywiście on zawsze musi mieć rację. Pan łowca nie słucha rad kogoś takiego jak ja. Aż zęby zaciskałem z furii. I naprawdę rozważałem trzepnięcie go w ten jego mądry łeb, ale to później.
- Dzień dobry, Różyczko - Powiedział miękko, a na jego ustach pojawił się ten jego cholerny, ciepły uśmiech, który zawsze łamał mi całą wolę.
Bez słowa podszedłem do niego i wtuliłem się w jego ciało, czując, jak nareszcie opada ze mnie napięcie, które nosiłem w sobie przez tyle dni. Był tu. Żył. Oddychał. I to było najważniejsze.
- Ty skończony kretynie… jak mogłeś dać się skrzywdzić? - Warknąłem, uderzając go niezbyt mocno w ramię, bardziej z bezsilności niż złości. - Gdzie ty masz głowę?! Do diabła, Elian, przecież ty mogłeś umrzeć! - Może powinienem był powiedzieć coś łagodniejszego. Może najpierw pozwolić mu usiąść, odpocząć, bo widziałem, że był zmęczony. Ale nie potrafiłem.
Bo bałem się o niego bardziej, niż kiedykolwiek bałem się o kogokolwiek, w moim życiu.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz