wtorek, 30 grudnia 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Słysząc głos dzieci, cicho westchnąłem. Ale że już? Teraz? Myślałem, że trochę dłużej im to wszystko zajmie, a ja będę miał więcej spokoju. Zamknąłem zeszyt z pomiarami, schowałem miarkę i opuściłem pokój, niemalże od razu natykając się na dzieciaki. Były takie wesołe, podekscytowane... dobrze, że im w tym wszystkim nie przeszkadzałem, że robili to wszystko jedynie we trójkę. Anioły powinny być z aniołami, a ja tu jestem tylko od zapewniania im bezpieczeństwa. I, jak wychodzi na to, choinki. 
– Chodź, pokażemy ci miejsce, gdzie będzie postawiona – powiedziała zaraz Hana, chwytając moją dłoń i ciągnąć ją w stronę salonu. – O, tu, w kącie. Odsunęliśmy trochę fotel, więc zmieści się taka duża, rozłożysta. I ma być gęsta, ma mieć dużo gałązek. O, i najlepiej, aby to była jodła, jodła jest najlepsza. 
– A może jakieś realniejsze wymagania? – spytałem rozbawiony, unosząc jedną brew. Domyślałem się, że każda rodzina woli właśnie taką gęstą, i rozłożystą. Zresztą, rzadko kiedy takie drzewka można spotkać w lesie, chyba, że większe, ale takie nam się tu nie zmieszczą. 
– Nie słuchaj ich, wybierz taką, którą uznasz za najlepszą – usłyszałem za sobą głos mojego męża, i zaraz też poczułem na swoim policzku delikatny pocałunek. – Wracaj szybko. Zbyt zimno jest na zewnątrz, byś za długo tam przebywał. 
– Wiesz, że zimno mi w żaden sposób nie przeszkadza? – rzuciłem, odwracając głowę w jego stronę. 
– Wiem. Ale po co masz cierpieć? – odpowiedział, uśmiechając się do mnie ładnie. 
– Właśnie, bo jak szybko wrócisz, to szybko będziemy ubrać choinkę – dodał rozradowany Haru. 
– Rozumiem aluzję. Już uciekam... Psotka, chcesz iść na spacer? – zapytałem naszej suni, na co niemalże natychmiast uzyskałem pozytywną odpowiedź. Ona nigdy nie odmawiała spaceru. Zaproponowałbym też Banshee, ale jak Miki zauważył, jest zbyt zimno, a o nią bardzo się martwiłem. Jej zbyt niska temperatura może faktycznie zaszkodzić, ja tylko będę czuł dyskomfort. Zresztą, widać po niej, że jest zafascynowana całą tą otoczką świąt. No tak, to jej pierwsze święta, nigdy wcześniej z tym nie miała do czynienia, a ją zawsze fascynowały różnego rodzaju świecidełka. – Pilnuj ich tutaj – poleciłem cicho mojej towarzyszce broni, gładząc ją po łebku. Nie spodziewałem się, by coś złego się stało, powietrze było wyjątkowo spokojne w końcu, ale i tak lepiej, by była ostrożna. W końcu, oboje jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo tej rodziny. 
– Chcesz tak bez płaszcza wyjść? – skontrolował mnie Mikleo, kiedy już kładłem dłoń na klamce. 
– No... tak? Po co mi płaszcz? – odpowiedziałem pytaniem, trochę nie rozumiejąc jego zmartwienia.
– Jak to po co? Byś nie zmarzł za bardzo. Stój na chwilę – polecił mi i nim się zorientowałem, zalozhl na mnie i płaszcz, i szalik, a nawet czapkę. Ależ musiałem wyglądać jak debil. I jak demony miały się mnie bać? Jak miałem zadbać o bezpieczeństwo, jak nie wzbudzam strachu? – Jeszcze rękawiczki i gotowe. 
– Nie przesadzasz aby troszkę? Idę wam tylko przynieść choinkę. Zamiast rękawiczek w dłoni powinienem mieć siekierę. Naprawdę za długo nie będę tam krążył, by ubierać się aż tak grubo – odpowiedziałem, unosząc jedną brew. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz