Szczerze mówiąc, naprawdę się o niego martwiłem. Kiedy spojrzeć na całą tę sprawę poważniej, powinien spędzać ten czas ważny, przynajmniej dla ludzi, tak jak inni. Może niekoniecznie był on ważny akurat dla niego, ale skoro dla większości miał znaczenie, to chyba i on powinien być jego częścią. Nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo się przed tym wzbraniał.
No tak… Lidia tam będzie. To bolało, a może nawet bardziej: wzbudzało we mnie zazdrość. Mimo to, jeśli to miało sprawić, że spędzi miło czas, może powinien z tego skorzystać. Choć im dłużej o tym myślałem, tym bardziej zaczynałem rozumieć, dlaczego wcale nie musi chcieć tam być.
To nie ja byłem problemem. A przynajmniej nie do końca. Bardziej chodziło o Donę o to, że mnie nie lubi. Poza tym… byłem wampirem. I tak nie mógłbym spędzać z nimi czasu w pełni normalnie. Nie jadłem. To zawsze prędzej czy później stawało się dziwne.
Zresztą wciąż byłem w szoku, że jeszcze nikt go o to wprost nie zapytał. A może pytali, tylko mi o tym nie mówił? To wcale by mnie nie zdziwiło. Miałem przeczucie, że wiele rzeczy przemilczał, bo zwyczajnie nie wiedział, jak zareaguję.
Westchnąłem cicho i usiadłem na łóżku, wpatrując się w świeżą, czystą pościel.
- Możemy… ale może lepiej dopiero wtedy, gdy twoja rana całkowicie się zasklepi - Powiedziałem w końcu, opierając się o jego zdrowe ramię, gdy tylko usiadł obok mnie.
- Moją raną się nie przejmuj - Odparł spokojnie. - Skoro daliśmy sobie radę teraz, damy radę i następnym razem. Zanim rana się zasklepi… a ja znów zapragnę mieć cię w całości. - Pocałował mnie w czoło.
Rozbawiony kiwnąłem głową i przez kilka chwil po prostu tak trwaliśmy blisko, cicho.
- Hej… udało mi się zmienić pościel. I nawet nie prosiłem cię o pomoc - Zauważyłem nagle, dostrzegając uśmiech, który natychmiast pojawił się na jego twarzy.
- No tak, oczywiście. Sam zmieniłeś pościel - Parsknął. - To wcale nie tak, że zmiana twojej poduszki zajęła tyle czasu, ile mnie cała reszta. - I jeszcze ten złośliwy pstryczek w nos. Zupełnie niepotrzebny.
Starałem się. Naprawdę. Powinien to docenić, a nie wypominać mi, jak długo mi to zajęło. Przecież robiłem, co mogłem. Nie byłem tego uczony. Nie potrafiłem wiele. Ale się starałem. Czy to się w ogóle liczyło… czy tylko mi się tak wydawało?
- No tak… - Westchnąłem cicho.
Moja twarz mimowolnie posmutniała. Wiedziałem, że nie jestem w tym wszystkim tak dobry jak on. Ale naprawdę próbowałem. I miałem nadzieję, że choć trochę to widzi.
Elian chyba dostrzegł, że posmutniałem, bo niemal natychmiast objął mnie mocniej i pocałował w czoło. Ten gest był cichy, prosty, a jednak trafił dokładnie tam, gdzie trzeba.
- Hej, nie martw się. Mnie to naprawdę nie przeszkadza. Cieszę się, że chociaż próbujesz. Oczywiście, jeszcze sporo przed tobą, ale myślę, że już teraz świetnie sobie radzisz. I będzie tylko lepiej. Najważniejsze, że nie przestajesz próbować. - Gładził mnie po ramieniu, powoli, uspokajająco, jakby chciał dać mi czas, żebym uwierzył w każde jego słowo.
Uniosłem wzrok i przez chwilę tylko na niego patrzyłem, po czym na moich ustach pojawił się lekko zadziorny uśmiech.
- A wiesz… tak się zastanawiam. Skoro nie chcesz iść na święta do Dony… może zróbmy sobie własne. - Jego spojrzenie natychmiast stało się uważniejsze. - Tak jak wspominałeś, spacer, coś pysznego do jedzenia… a na końcu, jeśli tylko będziesz chciał, zrobię dla ciebie coś specjalnego. Może coś założę. Jeśli będziesz chciał. Zrobię co tylko będziesz chciał i nie będę mógł powiedzieć nie - Przesunąłem się bliżej i usiadłem okrakiem na jego udach, opierając dłonie o jego ramiona. Patrzyłem głęboko w jego oczy, nie odrywając wzroku.
Uśmiech na moich ustach stał się jeszcze bardziej prowokujący, a między nami zawisło napięcie gęste jak powietrze tuż przed burzą.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz