Jego słowa mnie mocno zaskoczyły. Dziecko, ze mną? Tym mną? Znaczy się, ja doskonale pamiętałem, że kiedyś był ten temat poruszany, ale on był bardzo dawno temu, trochę rzeczy się w nas i wokół nas pozmieniało. No i też z tego co kojarzyłem, to Mikleo chciał sobie dać kilka lat spokoju, odpocząć, pozwiedzać. Co prawda, teraz ma pewnie małą traumę po naszej wyprawie, ale pewnie i tak wkrótce będzie chciał iść na kolejną. W końcu nie potrafi za bardzo usiedzieć w jednym miejscu, co dla jego gatunku jest normalne. A ja... a ja po prostu za nim pójdę. Gdzie tylko będzie chciał. Jak daleko będzie chciał.
– Wiem, że tego chciałem, ale taka ciąża z demonem może cię wykończyć. I chociaż bardzo chcę dziecko, przy którym będę mógł aktywnie uczestniczyć w jego życiu, wychowaniu, jeszcze bardziej wolę, by ci się nic nie stało. Twoje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze – wyszeptałem, a następnie chwyciłem jego dłoń i uniosłem ją tak, by móc złożyć na jej wierzchu delikatny pocałunek.
– A ja bardzo chcę dać ci dziecko. Widzisz? Nasze pragnienia się świetnie dopełniają – stwierdził, kompletnie nie przejmując się konsekwencjami.
– Martwię się, jak to będzie wyglądać tym razem. Pomyślimy jeszcze nad tym. Jak ostatnim razem o tym rozmawialiśmy, chciałeś tyle rzeczy uczynić. Odpocząć. Pozwiedzać. Może najpierw spełnimy twoje pragnienia? – zasugerowałem, chcąc go delikatnie odwieść od tego pomysłu, który dla niego mógłby być krzywdzący.
– Nie chcę już zwiedzać. Wybraliśmy się na przygodę, i co? Dalej dochodzisz do siebie – przypomniał mi gorzko. Jeszcze te wspomnienia w nim się nie zagoiły... to nic. Mamy przed sobą całą wieczność.
– Ale chcesz spędzić miłe święta. Miałeś przyozdabiać dom z dzieciakami, tak? – skupiłem się bardziej na niedalekiej przyszłości. Na dzieci przyjdzie pora. A teraz są rzeczy znacznie ważniejsze. – Zajmij się tym. A jak zrobicie miejsce na choinkę, postaram się jakąś przynieść – dodałem, poprawiając ten jeden niesforny kosmyk jego włosów, który to wydostał się z jego warkocza.
– Nie chcesz nam pomoc? – zapytał, na co pokręciłem przecząco głową. To był bardzo, ale to bardzo zły pomysł. Nie potrafiłem cieszyć się świętami tak bardzo, jak kiedyś. Tak właściwie, to już w ogóle nie byłem w stanie się nimi cieszyć.
– Tylko bym wam humor zepsuł. W międzyczasie jak będziecie się świetnie bawić, to ja tu zmierzę meble. Może coś zaraz projektować...? No, zobaczę, na co mi czasu starczy. A ty się mną nie przejmuj i ciesz się świętami tak, jak tego pragnąłeś – odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie, łagodnie. – Słyszysz? Już cię wołają. Idź do nich, nim nam dom w płomieniach postawią, widziałem, że kilka świeczek kupili – dodałem, słysząc charakterystyczne wołanie mamy.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz