poniedziałek, 29 grudnia 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Jego słowa mnie mocno zaskoczyły. Dziecko, ze mną? Tym mną? Znaczy się, ja doskonale pamiętałem, że kiedyś był ten temat poruszany, ale on był bardzo dawno temu, trochę rzeczy się w nas i wokół nas pozmieniało. No i też z tego co kojarzyłem, to Mikleo chciał sobie dać kilka lat spokoju, odpocząć, pozwiedzać. Co prawda, teraz ma pewnie małą traumę po naszej wyprawie, ale pewnie i tak wkrótce będzie chciał iść na kolejną. W końcu nie potrafi za bardzo usiedzieć w jednym miejscu, co dla jego gatunku jest normalne. A ja... a ja po prostu za nim pójdę. Gdzie tylko będzie chciał. Jak daleko będzie chciał. 
– Wiem, że tego chciałem, ale taka ciąża z demonem może cię wykończyć. I chociaż bardzo chcę dziecko, przy którym będę mógł aktywnie uczestniczyć w jego życiu, wychowaniu, jeszcze bardziej wolę, by ci się nic nie stało. Twoje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze – wyszeptałem, a następnie chwyciłem jego dłoń i uniosłem ją tak, by móc złożyć na jej wierzchu delikatny pocałunek. 
– A ja bardzo chcę dać ci dziecko. Widzisz? Nasze pragnienia się świetnie dopełniają – stwierdził, kompletnie nie przejmując się konsekwencjami. 
– Martwię się, jak to będzie wyglądać tym razem. Pomyślimy jeszcze nad tym. Jak ostatnim razem o tym rozmawialiśmy, chciałeś tyle rzeczy uczynić. Odpocząć. Pozwiedzać. Może najpierw spełnimy twoje pragnienia? – zasugerowałem, chcąc go delikatnie odwieść od tego pomysłu, który dla niego mógłby być krzywdzący. 
– Nie chcę już zwiedzać. Wybraliśmy się na przygodę, i co? Dalej dochodzisz do siebie – przypomniał mi gorzko. Jeszcze te wspomnienia w nim się nie zagoiły... to nic. Mamy przed sobą całą wieczność. 
– Ale chcesz spędzić miłe święta. Miałeś przyozdabiać dom z dzieciakami, tak? – skupiłem się bardziej na niedalekiej przyszłości. Na dzieci przyjdzie pora. A teraz są rzeczy znacznie ważniejsze. – Zajmij się tym. A jak zrobicie miejsce na choinkę, postaram się jakąś przynieść – dodałem, poprawiając ten jeden niesforny kosmyk jego włosów, który to wydostał się z jego warkocza. 
– Nie chcesz nam pomoc? – zapytał, na co pokręciłem przecząco głową. To był bardzo, ale to bardzo zły pomysł. Nie potrafiłem cieszyć się świętami tak bardzo, jak kiedyś. Tak właściwie, to już w ogóle nie byłem w stanie się nimi cieszyć. 
– Tylko bym wam humor zepsuł. W międzyczasie jak będziecie się świetnie bawić, to ja tu zmierzę meble. Może coś zaraz projektować...? No, zobaczę, na co mi czasu starczy. A ty się mną nie przejmuj i ciesz się świętami tak, jak tego pragnąłeś – odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie, łagodnie. – Słyszysz? Już cię wołają. Idź do nich, nim nam dom w płomieniach postawią, widziałem, że kilka świeczek kupili – dodałem, słysząc charakterystyczne wołanie mamy. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz