poniedziałek, 29 grudnia 2025

Od Daisuke CD Haru

 Poczułem... złość. W tej chwili potrzebowałem rady, głosu rozsądku, dodatkowej opinii. A on co? Wszystko na moich barkach, zwłaszcza teraz, kiedy go potrzebowałem. Odsunąłem się od niego, nie mając ochoty z nim dłużej tu przebywać. Skoro ma mi gadać takie pseudo mądrości, to ja sobie sam poradzę. Jak zwykle. Niby nie jestem sam, niby jest ze mną, ale finalnie i tak jestem sam. A to popchnęło mnie do kolejnych myśli, czy jak będę miał kłopoty z dzieckiem, też będę wam? Zapewne. I tyle by było, jak chodzi o partnerskie wsparcie. 
– Oczywiście, tego mogłem się spodziewać – mruknąłem, podnosząc się z materaca. – Potrzebuję ciebie, twojej rady, a ty umywasz ręce. I tak jest z każdą poważną decyzją. Mam dosyć, że jak przychodzi co do czego, to wszystko jest na mojej głowie. 
– Nie mogę podjąć decyzji, która może mieć wielki wpływ na zdrowie twoje i naszego dziecka – powiedział spokojnie, co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. 
– Nie oczekiwałem od ciebie podjęcia decyzji. Chciałem poznać twój punkt widzenia, a jestem sam. Znów. Najwidoczniej samotność to coś, co jest wpisane w geny naszej rodziny – burknąłem, zarzucając na ramiona ciepły szlafrok. 
– Skarbie, nie o to mi chodziło – zaczął, ale ja już miałem go serdecznie dosyć. – Ja tylko... 
–Tak, ty się tylko. Ty zawsze tylko. Zachowałbyś się raz jak mężczyzna – burknąłem, opuszczając pokój. 
Że też to było w naszym pokoju... Z chęcią bym tu został, było tu w końcu ciepło, i miło, ale wyjątkowo nie miałem ochoty na spędzanie czasu z Haru. Jak zawsze jego towarzystwa było mi mało, tak teraz... zdenerwował mnie. Zawiódł. Zamiast wsparcia, położył mi na ramionach jeszcze większy ciężar. Od razu się skierowałem do swojego gabinetu, w którym panował okropny ziąb. No tak, jak tu czasu nie spędzam, to po co palić... pierwsze, co zrobiłem, to zająłem się kominkiem, a zaraz potem skuliłem się w fotelu, który przesunąłem bliżej źródła ciepła. Przez chwilę wpatrywałem się w leniwie tańczące płomienie i za chwilę poczułem, jak do oczu napływają mi łzy. Czułem się taki bezradny. Bez wyjścia. Z jednej strony czułem się zobowiązany do opieki nad nią, do zapewnienia jej tego, czego potrzebuje, a skoro napisała tak poruszający list, to tego towarzystwa ewidentnie potrzebuje. I też ostatnio nas przecież zaprosiła, by się niby pogodzić... Też odzywał się we mnie drugi głos, ten ostrożniejszy, skrzywdzony i bardziej samolubny. W końcu, tyle lat udawała, tyle lat mnie krzywdziła, manipulatorka z niej świetna... może, skoro sama idzie na dno, także mnie tam będzie chciała zabrać? Jest zdolna do wielu rzeczy. Strasznych rzeczy, nawet wobec tych, których w teorii powinna bronić, bo są jej najbliżsi. Podkuliłem nogi o brodę i objąłem kolana, czując delikatne drżenie ciała. Już sam nie wiem, czy to zimno, czy bezsilność.

<Piesku? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz