Zerknąłem na mój bandaż, który jedyne co, to wydawał się być nieco brudny od krwi. Zdecydowanie bardziej powinienem uważać, co we śnie nie jest takie proste. Jak jeszcze go do siebie przytulam, jakoś się nie ruszam, ale bez niego? Chyba tak podświadomie się o niego martwię.
– Nie wydaje mi się. Medyk nie pozwoliłby, by wdało się zakażenie – powiedziałem, pijąc zioła, by jak najszybciej zaczęły działać.
– Zmienię ci bandaż, poczekaj chwilę – stwierdził, już zaczynając działać w tym kierunku.
– Nie wiem, czy takie częste zmienianie bandaża jest odpowiednie – zacząłem niepewnie, ale on uważał swoje i nie chciał za bardzo tego zmieniać. Już przygotował spirytus do odkażania, gazik, czyste opatrunki... Naprawdę się wkręcił w tę opiekę nade mną.
– Jak jest brudny, jest odpowiednie. Przecież jako to będzie w tych bakteriach siedzieć, to zaraz zakażenie się wda – mruknął, bezceremonialne odwijając stary bandaż. – Jestem zaskoczony, że medyk tak wcześnie cię puścił. Jak na moje rana jest zbyt świeża, powinieneś tam jeszcze zostać.
– Skoro już mogłem chodzić, to po co miałem tam zostawać? – zadałem inteligentne pytanie, na które on tylko uniósł brwi.
– Chcesz mi powiedzieć, że opuściłeś szpital pomimo zaleceń lekarza? – powtórzył niby to spokojnie, ale wyczułem, że był zdenerwowany. I on mi mówi, że to ja z nim przesadzam. A on ze mną to co? Zdecydowanie za bardzo się przejmuje, chyba nawet bardziej, niż ja o niego.
– Powinienem zostać jeszcze trochę na obserwacji, owszem. Ale wolałem wrócić do ciebie. W końcu ci coś obiecałem – przypomniałem mu, delikatnie unosząc kąciki ust.
– Jakim cudem ty jeszcze nie zginąłeś, to ja nie wiem – mruknął, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Potrzebowałeś mnie. Nie mogłem tam leżeć tyle czasu – odparłem, wzruszając ramionami, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Bo dla mnie była. Jego osoba zajęła moje myśli pierwsza, kiedy tylko zyskałem świadomość. Oczywistym więc dla mnie było, że jak najszybciej musiałem do niego wrócić. Chciałem do niego wrócić. Trochę tak, jakbym był uzależniony od jego osoby. Jego bliskość sprawia, że mogę normalnie żyć, funkcjonować, myśleć. Czuję się... pełny. Jakbym zyskał część siebie, której mi brakowało, i czego to nawet nie byłem świadom, aż do teraz.
– To głupie myślenie – odparł, maczając gazik w spirytusie i zaraz przykładając mi go do rany. Ostatkiem sił powstrzymałem się od wydania z siebie syknięcia z bólu. Strasznie zapiekło. – I przez to teraz tak cierpisz.
– Byłoby gorzej, gdybym tam został świadomy, i sam. Jak byłem nieprzytomny, nie robiło mi to większej różnicy. Ale jakbym miał tam być jeszcze przez kilka dni? Sam? A nie, przepraszam, Lidia mnie odwiedzała. To chyba nie byłoby ci w smak – przypomniałem mu, co się mu średnio spodobało.
– Może... to dobrze, że tu przyszedłeś – powiedział w końcu, na co delikatnie się uśmiechnąłem.
– I co, już nie jestem taki głupi? – uśmiechnąłem się do niego cynicznie, nie spuszczając z niego wzroku. Jak był taki skupiony na czymś, wyglądał naprawdę przepięknie, chociaż szare światło poranka do niego nie pasuje. Księżyc na jego skórze prezentuje się wspaniale.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz