Jak zwykle byłem zadowolony z jego zwykłego ubrania. Tak naprawdę niewiele było mi potrzebne, abym czuł się szczęśliwy. Od bardzo dawna nie widziałem go w niczym naprawdę ładnym i nie mam mu tego za złe, w końcu ciąża nie pozwalała mu wyglądać tak, jakby zapewne chciał. A mimo to, dla mnie zawsze będzie piękny. Piękna, jak woli. Odkąd wygląda jak kobieta, czasem mam ochotę mówić do niego „ona”. Zdarza się, że w myślach widzę go właśnie w ten sposób, choć nigdy nie mówię tego na głos. Wiem, że by się obraził… chociaż tak naprawdę nie rozumiem dlaczego. Przecież teraz jest nią, więc czemu miałby się gniewać?
Nie wiem. Mój panicz stał się ostatnio kimś dla mnie zupełnie niezrozumiałym. Cokolwiek bym nie chciał zrobić, jakkolwiek bardzo bym się starał, i tak nie jestem w stanie go pojąć. Dlatego czasem po prostu nie pytam. Akceptuję to, jaki jest, i to, co robi. Może właśnie na tym polega prawdziwe oddanie, na milczeniu, które nie ocenia, a czuję, że tego milczenia i cierpliwości na te milczenie potrzebuję naprawdę dużo, mam tylko nadzieję, że dotrwam, bo czasem naprawdę ciężko jest odnieść.. Oczywiście nie oceniam, bo wiem jak wjadę dla mnie poświęca. I to właśnie dlatego, nie mogę mówić niczego co by mu się nie spodobało.
Jedliśmy wspólny posiłek w ciszy. On pochłaniał jedzenie znacznie szybciej ode mnie. A więc jednak dziecko naprawdę musiało potrzebować mięsa. Jeśli faktycznie jest choć po części wilkołakiem, tak jak ja, wcale mnie to nie dziwi. My potrzebujemy takiego pożywienia. Potrzebujemy mięsa, by zaspokoić głód, odzyskać siły i poczuć się lepiej, bardziej sobą.
Wygląda więc na to, że dziecko jest po części wilkołakiem. Ta myśl mnie martwiła. Nie chciałbym, aby odziedziczyło to właśnie po mnie. A jednak… najważniejsze jest przecież to, by było zdrowe. Zdrowy albo zdrowa, wciąż nie znamy jego płci. Cała reszta, nawet najtrudniejsza, jest do przeżycia..
Wychowywanie, uczenie, cierpliwość, to wystarczy, by nauczyć je, jak się zachowywać, jak żyć w zgodzie ze światem i z samym sobą. By potrafiło zaakceptować swoje wewnętrzne „ja”, niezależnie od tego, jakie ono będzie. Jeśli tylko damy mu miłość i zrozumienie, reszta przyjdzie z czasem.
Posiłek zjedliśmy w ciszy, obaj delektując się tym, co znajdowało się na naszych talerzach. Cisza ta nie była jednak niezręczna, raczej spokojna, niemal intymna, wypełniona jedynie cichym dźwiękiem sztućców. Przez cały czas z uwagą obserwowałem mojego panicza, starając się wychwycić najmniejszy nawet sygnał, że coś jest nie tak. Zastanawiałem się, czy nie poczuje mdłości, czy nie zblednie nagle, czy za chwilę nie zerwie się gwałtownie i nie pobiegnie do łazienki.
Na szczęście aż do samego końca nic takiego się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie, mógłbym przysiąc, że po zjedzeniu mięsnego posiłku wyglądał znacznie lepiej. Jego twarz nabrała zdrowszego koloru, ramiona jakby się rozluźniły, a spojrzenie stało się mniej zmęczone. Tak, jakby właśnie tego potrzebowało dziecko, które nosił w sobie. Choć trudno było mi to racjonalnie wyjaśnić, miałem nieodparte wrażenie, że sam akt jedzenia przyniósł mu ulgę, jakby jego organizm wreszcie dostał to, czego od dawna się domagał.
Może więc to w tym tkwił cały problem. Może był tak wyczerpany właśnie dlatego, że nie słuchał własnego ciała, ani potrzeb dziecka. Być może zbyt długo ignorował sygnały, które wysyłał mu organizm, próbując narzucić mu coś, czego w danym momencie po prostu nie potrzebował.
- Jak się czujesz? Wszystko w porządku? Żadnych mdłości? Bólu brzucha? Żadnych dziwnych reakcji po mięsie - Mówiąc to, sięgnąłem po jego pusty talerz, gotów zanieść go do kuchni, zanim służba musiałaby fatygować się specjalnie po naczynia...
<Paniczu? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz