wtorek, 16 grudnia 2025

Od Eliana CD Serathiona

 Sądząc po jego wspomnieniu o Donie, musiał z nią mieć niedawno do czynienia. Zmartwiło mnie to, i to mocno. Mówiłem jej przecież, że to nie jej sprawa. Że dobrze mi z nim tak, jak jest, że nie chciałbym niczego zmieniać, i że to, co jest pomiędzy nami, to tylko i wyłącznie nasza sprawa. Pewnie gdyby nie ta sytuacja z Lidią, traktowałaby go znacznie łagodniej, milej. Jeżeli tak to właśnie ma wyglądać, to chyba podziękujemy z dłuższym pobytem tutaj. Poczekamy, aż tylko wrócą mi siły, obejrzymy sztuczne ognie, i wraz z nadejściem nowego roku opuścimy to miasto, ruszymy dalej. Faktycznie, finansowo opłaca mi się tu być, ale nie chcę, by Serathion musiał znosić komentarze, które na pewno sprawiają mu przykrość, nawet jeśli tego mi nie powie głośno. 
- Mogę przecież zejść tam sam – odpowiedziałem spokojnie, nie chcąc go wykorzystywać. Miałem już tam i tak zejść od dłuższego czasu, ale czekałem cierpliwie, jak mój partner do mnie wróci. Nie chciałem zasypiać, kiedy jego nie było obok. Wolałem mieć pewność, że wróci do mnie cały, zdrowy i choć trochę najedzony. 
- Czyli obudziła cię rana – zauważył, delikatnie marszcząc brwi. Trochę się spaliłem, nie zaprzeczając o tym, ale też w sumie, czemu miałbym zaprzeczać? Okłamałbym go. A ja nie lubię kłamać. 
- Chyba ją trochę naruszyłem, przekręcając się na bok, na który nie powinienem – wyjaśniłem, cicho wzdychając. 
- Powinieneś odpoczywać. Wezmę zioła i poproszę o wrzątek – stwierdził, chwytając za mój plecak. - Zaraz wrócę. 
Nim jakkolwiek zdążyłem zaoponować, Serathion już opuścił pokój z moim woreczkiem ziół. Westchnąłem cicho, poprawiając się na poduszce. Po co on to robił? Przecież, zaraz wstanie słońce, a wtedy... zaniepokoiła mnie ta myśl. Podniosłem się z łóżka, by podejść do okna. Ile było do wschodu, może kilkanaście minut...? Jeżeli nie będzie stał w kolejce, wróci do mnie na czas. Niby to mnóstwo czasu... ale i tak się o niego martwiłem. Tak po prostu. 
- Czemu wstałeś? - usłyszałem za jakiś czas jego głos za sobą. Nie usłyszałem kroków, ani nawet zamykanych drzwi. A może nie chciałem słyszeć? Za bardzo się zamyśliłem... no i mam za swoje. 
- Martwiłem się o ciebie. Słońce niedługo wstanie, zastanawiałem się, czy zdążysz – przyznałem zgodnie z prawdą, odwracając się w jego stronę. 
- Poszedłem tylko po wrzątek. Na szczęście ani Dona, ani ta jej córka stały za ladą, więc poszło zgrabnie. Proszę – odpowiedział, podając mi parujący kubek. Jeszcze muszę chwilę poczekać z tym piciem, by zioła się zdążyły zaparzyć. 
- Dziękuję – przyznałem z lekkim uśmiechem. I co ja bez niego bym zrobił? Pewnie sam zszedł po te nieszczęsne zioła. Co powiesz na to, by po nowym roku ruszać w dalszą drogę? - zaproponowałem, obejmując obiema dłońmi kubek, który mi przyniósł, by trochę się rozgrzać. 
- Chcesz dalej ruszać? Mówiłeś chyba, że w zimę wolisz się trzymać jednego miejsca – zauważył, na co kiwnąłem głową. 
- Tak, ale nie chcę, byś czuł się cały czas przez Donę... cóż, gnojony, delikatnie to ujmując. Jakoś przeżyję podróż do kolejnego miasta. Możesz wyciągnąć mapę z plecaka i wybrać kolejny punkt naszej podróży – zaproponowałem, uśmiechając się delikatnie. 

<Różyczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz