Jego zachowanie mnie mocno zaskoczyło, i też trochę onieśmieliło. Co innego dawać subtelne sygnały o tym, że jest tylko mój, a co innego całować się z nim, namiętnie na oczach tych wszystkich ludzi. Co innego takie delikatne pocałunki, w dłoń, czoło, policzek... ale to? Oczywiście, że on się nie przejmował, jakoś tak często mi sobie wyobrazić jego zawstydzonego, a już na pewno nie takimi rzeczami.
– Mam pomysł – rzucił w pewnym momencie, nagle się zatrzymując, a ja oczywiście wraz z nim.
– Jaki pomysł? – zapytałem, delikatnie marszcząc brwi. Jego pomysły niekiedy bywały dziwne, dlatego trzeba było na nie uważać.
– Zamkniesz oczy, policzysz do... do trzydziestu, dajmy na to. I będziesz mnie w tym labiryncie szukał – powiedział podekscytowany. Trochę nie rozumiałem po co to. I na co. Co mu da ta zabawa z chowanego? Jaki jest jej sens? Ale skoro chce, skoro uważa to za interesujące, to chyba nie mam innego wyjścia.
– Ale nie będziesz oszukiwał i uciekał, kiedy się do ciebie zbliżę? – spytałem, unosząc jedną brew. Jeżeli nie będzie oszukiwał, nie mam nic przeciwko.
– Ależ oczywiście, że nie będę uciekał. Nie mogę się doczekać, jak mnie znajdziesz – wymruczał mi do ucha, a następnie podgryzł zalotnie jego płatek, chyba nawet mi go skaleczył swoimi kłami. Co za okrutnik. – Więc... pobawimy się w chowanego?
– Możemy się pobawić – odpowiedziałem, co go bardzo uradowało. Ależ on jest dziwny. Kompletnie go nie rozumiałem, i jego potrzeb... ale to nic takiego. Ważne, by był szczęśliwy. A skoro właśnie taka głupiutka ma sprawić, by się ucieszył, to go poszukam w tym ogromnym labiryncie.
Zamknąłem oczy i rozpocząłem w myślach ponowne odliczanie. Kiedy po tych trzydziestu sekundach otworzyłem oczy, oczywiście go tu nie było. Rozejrzałem się dookoła, analizując ślady na śniegu. Dużo ludzi tędy nie przechodziło, a ja doskonale znałem ślady stóp mojego wampira; niewielkie i smukłe, jak na mężczyznę. Od razu za nimi ruszyłem powoli, nie spiesząc się, bo miałem wrażenie, że właśnie o to mu chodziło. Całe szczęście, że był śnieg, w przeciwnym razie miałbym trochę problemów. Dużo ludzi też tędy nie przechodziło, więc moja praca naprawdę była ułatwiona.
W jednym z zaułków ślady się urwały. Rozejrzałem się dookoła i w ostatnim momencie poczułem za sobą czyjąś obecność. Zareagowałem od razu, wyciągając sztylet i przyciskając go do szyi mojego napastnika... Cóż, może trochę przesadziłem, mogłem się spodziewać, że to będzie Serathion, ale trochę nie myślałem. Po prostu działałem.
– Mój łowca, taki zdolny, i uważny – odpowiedział Serathion, zarzucając ręce na mój kark.
– Powinieneś uważać tak z tym skradaniem. Kiedyś naprawdę ci zrobię krzywdę, nie panuję nad pewnymi odruchami – odpowiedziałem, chowając sztylet do pochwy. To jest zbyt niebezpieczna zabawa, czego on wydaje się nie rozumieć. Który to raz bym go skrzywdził, bo nagle się magicznie za mną pojawił? Zdecydowanie powinien przestać takich niespodzianek, nim zdarzy się tragedia.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz