Miał już urodziny. Musiałem to sobie zapamiętać, najlepiej na dobre, aby za rok go zaskoczyć… albo przynajmniej spróbować. Dziesiąty lipca. Tego dnia przyszła mi do głowy całkiem dobra myśl: Może uda mi się sprawić mu choćby drobny prezent. Co prawda nie będzie to nic z najwyższej półki, bo zupełnie nie mam pojęcia, co kupuje się ludziom na urodziny, ale przecież najważniejsze jest to, że w ogóle coś będzie. Chyba tak to działa.
Nie byłem tego do końca pewien, ale wierzyłem, że będzie zadowolony, albo przynajmniej będzie udawał, że jest. A to akurat wychodziło mu znakomicie, musiałem mu to przyznać.
Jeśli chodzi o tort… Cóż, ludzkiego jedzenia właściwie nie jadam, więc ta opcja odpadała, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Oczywiście mogłem kupić mały tort i spróbować kawałek, jednak byłem niemal pewien, że większość i tak zje on sam. I chyba właśnie o to chodziło, żeby jemu smakowało.
Jako wampir nie potrzebuję ludzkiego jedzenia. Co więcej, nawet nie mam na nie ochoty. Z grzeczności spróbuję tortu, nic więcej. Resztę zje on i tak będzie najlepiej.
- Cóż… jeśli chodzi o mnie, to wygląda to właśnie tak, że może mi zaszkodzić- Przyznałem, uśmiechając się do niego ciepło. - Ludzkiego jedzenia nie potrzebuję, więc ty będziesz miał więcej. Ja tylko spróbuję, z grzeczności. Nic poza tym. - Zapewniłem, chcąc wszystko sobie z nim wyjaśnić.
- Tak też myślałem - Kiwnął głową, przytulając mnie do siebie nieco mocniej i całując w czubek głowy.
Na tym zakończyliśmy rozmowę. Leżeliśmy wtuleni w siebie, wsłuchani w ciszę, która tym razem nie była niezręczna ani ciężka. Wręcz przeciwnie, była przyjemna. Przy nim wszystko wydawało się prostsze. Czas płynął szybciej, a milczenie stawało się dodatkiem, nie karą.
- To co… wciąż chcesz dziś wyjść na miasto? - Zapytałem, zerkając na zegar. Był już wieczór, więc mogliśmy spokojnie opuścić pokój, wyjść razem i po prostu cieszyć się swoją obecnością.
- Tak, chcę. Jeśli tylko mój wampirek ma na to ochotę - Odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Oczywiście musiał pomyśleć o mnie. A co z nim? Zastanawiałem się, czy chociaż przez chwilę pomyślał o sobie.
- Oczywiście, że chcę - Odparłem, podnosząc się z łóżka. - Tylko wiesz… ja mam siłę. A ty? - Dopytałem, unosząc jedną brew ku górze.
- Przy tobie zawsze mam siłę - Stwierdził, wstając i podchodząc bliżej. Chwycił mnie w pasie, przyciągając do siebie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
- No dobrze, skoro masz jeszcze siłę, to chodźmy - Powiedziałem cicho, odsuwając się od niego na krótką chwilę. Ująłem jego dłoń i delikatnie, lecz stanowczo pociągnąłem go za sobą w stronę wyjścia z gospody.
Dona oczywiście była na dole. Trudno było ją ominąć, a jej spojrzenie paliło mnie bardziej, niż chciałem to przyznać. Mimo to nie obchodziło mnie, co o mnie myśli. Jej niechęć nie miała żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że obok mnie szła osoba, którą kochałem, jedyna, z którą pragnąłem spędzić resztę moich dni.
A może raczej jego dni.
Ta myśl na moment ścisnęła mi serce. Moja wieczność boleśnie kontrastowała z jego ludzkim, kruchym czasem. Wiedziałem, że nasze drogi nie biegną równolegle, a jednak w tej chwili nie chciałem myśleć o końcu. Chciałem tylko iść naprzód, trzymając jego dłoń, jakby sam ten gest mógł zatrzymać czas albo przynajmniej sprawić, że każda wspólna chwila będzie warta całej wieczności.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz